Dziupla

czyli dziura w całym
  • rss
  • Główna
  • O mnie?
  • Sztuczki administratorskie

Dzień kolejny minął

26 sierpnia 2010 | 22:15

Znowu robi się wcześniej ciemno. Znowu zmarzłem, wracając z pracy - drugi raz w tym tygodniu.

Od bardzo dawna marzę o rozgrzanej słońcem drodze gruntowej między polami, względnie równie rozgrzanej słońcem ścieżce górskiej - i dupa. Kolejny rok bez pieniędzy i bez urlopu - owszem, urlop mogę wziąć, ale co mi po nim, jak nie mam za co wyjechać?

A marzę - zaznaczam - o zwykłej, polskiej drodze gruntowej. Nawet moje marzenia nie wybiegają za granicę.

W tej kwestii mogę sobie tylko poczytać, gdzie to ostatnio wojażują różni znajomi. Względnie pooglądać zdjęcia. Niektóre miejsca na zdjęciach znajomych już kojarzę - ze zdjęć innych znajomych…

Czuję się trochę tak, jak ten wykładowca Pirxa, zwany Merynosem, który mocą teoretycznej wszechwiedzy znał każdy kamień księżycowego Morza Deszczów - sam po raz ostatni wyjechałem za granicę na Ukrainę, sześć lat temu. Na cztery dni. Wcześniej, dziesięć lat temu, na dwa dni do Niemiec. Podczas gdy między piętnastym a dwudziestym piątym rokiem życia wyjeżdżałem co roku w różnych kierunkach - mimo że komuna, że wnioski paszportowe, że dawali tylko pięć dolarów na cały wyjazd. Niby jesteśmy w zjednoczonej Europie, ale co z tego? Odkąd jesteśmy, nie ruszyłem się poza granicę nawet na krok.

A w tej chwili dwie trzecie znajomych radośnie integruje się na Triconie. Ech.

Kategorie:
moje własne emo
 
Komentarzy: 4 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Cholerna duperela

16 sierpnia 2010 | 19:32

Psi, multikomunikator działający na różnych platformach, generalnie potrafi wyświetlać statusy kontaktów. Miałem nawet kiedyś samodzielnie skompilowaną wersję, która miała je domyślnie włączone. Ale przez jakiś czas, chyba od jesieni, zacząłem korzystać z nowszej wersji - dystrybucyjnej - która niby też je miała, ale nie mogłem znaleźć, gdzie. Inna rzecz, że nie szukałem, wciąż miałem coś innego do roboty.

Zwykle nie zagaduję do ludzi pierwszy - chyba że skłoni mnie do tego właśnie czyjś status. No ale skoro miałem wyłączone przez długi czas, to milczałem, bo nie było o co zahaczyć…

A tymczasem sprawa jest stosunkowo prosta: Opcje -> zaawansowane; w drzewku rozwinąć gałąź Opcje (options), następnie Interfejs użytkownika (ui), stamtąd wybrać Listę kontaktów (contactlist) i pod koniec mamy Statusy (status-messages). Opcję pokazuj (show) ustawić na tak/prawda, czy jak tam przetłumaczyli true, a opcję w jednej linii (single-line) zależnie od upodobań - jedni wolą je mieć w jednej linii z nazwą kontaktu, inni w oddzielnej. Zapisać, zrestartować Psi - et voila.

Kategorie:
moje własne emo, technikalia
Tagi:
opisy, Psi, statusy
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Znajomości na Facebooku

01 sierpnia 2010 | 17:51

Zawsze mam z tym problem. Kogo prosić o dodanie, a kogo nie. :-)

Są ludzie, których lubię, chociaż tak naprawdę nie znam. Bo znamy się tylko z wspólnego pisania w jakimś zakątku Sieci (choćby w Usenecie) - ale tak poza tym to nic o sobie nie wiemy. Albo, w realnym życiu, łączą nas kontakty ściśle merytoryczne, tematyczne, niekoniecznie nawet zawodowe.

Są ludzie, których lubię, ale od długiego czasu z jakiegoś powodu się nie kontaktujemy - bo się wyprowadziłem, względnie przestałem pojawiać w jakimś niegdyś wspólnym miejscu. A chciałbym taką znajomość odnowić.

I przeciwnie, są ludzie, których znam osobiście, ale nie lubię. Albo tacy, których nie chciałbym wtajemniczać w moje życie prywatne - np. znajomi z niektórych poprzednich miejsc pracy.

Są też ludzie, którzy mają swój własny świat; swoje wąskie grono znajomych na FB, do którego z jakichś powodów nie zaliczyli żadnych znajomych wspólnych ze mną - mimo że wiem, ze tacy istnieją. Więc czy jest sens w takim przypadku próbować?

Roboczo przyjąłem zasadę, że jeśli ktoś mnie prosi o dodanie, a ja go kojarzę, to go dodaję, nawet jeśli nie znam i kojarzę tylko ledwo, ledwo. No chyba że go bardzo nie lubię.

Z drugiej strony sam proszę o dodanie tylko te osoby, z którymi miałem okazję spotykać się osobiście i rozmawiać, lub przynajmniej korespondować prywatnie przez jakiś czas. Lub które bardzo lubię/szanuję/cenię i mogę założyć, że działa to również w drugą stronę. (Lub które po prostu jasno określiły swoje reguły dodawania znajomych. ;-) )

I tu się parę razy zdziwiłem: kilka osób w ogóle na moje zaproszenie nie odpowiedziało (nie to, że go nie widziały - w tym samym czasie do listy dodawały innych znajomych), a kilka osób po prostu zignorowało je (owszem, we wszystkich wypadkach byli to ludzie, z którymi ostatnio rozmawiałem kilka lat temu).

Z tego wniosek, że różni ludzie mają różnie. Zresztą ja początkowo w ogóle używałem Facebooka w wersji angielskiej i wówczas miałem zgryz, bo znam niezbyt niewiele osób, które mogłyby mnie uznać za przyjaciela. Dopiero później się dowiedziałem, że w polskiej wersji mowa po prostu o znajomych…

A więc jak to jest? A może są jakieś zasady, które naruszam?

Kategorie:
moje własne emo, netologia praktyczna
Tagi:
Facebook, sieci społecznościowe, zasady
 
Komentarzy: 9 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Linki na niedzielę

31 lipca 2010 | 12:13

… czyli silva rerum po raz drugi:

Biskupi, bójcie się Boga! - “To Jarosław Kaczyński wyznacza dziś kryteria, kto w Polsce jest katolikiem”
Gazem pieprzowym pod krzyżem - list - makaronu pod krzyżem ciąg dalszy… ;-)

Szybkie słowa - Jerzy Sosnowski o czytaniu w czasach Internetu
… i dwugłos o piraceniu:
Korzyści, jakie daje piractwo w sieci medioznawca Filiciak…
Nie ściągam z sieci, bo nie muszę … kontra minister Zdrojewski

Limuzyna bujająca w chmurach - trzeba w końcu wygrać w totka… ;-)

Okradli go w grze, poszedł na policję - parę lat temu chodził za mną pomysł takiego opowiadania. Już za późno…

“BHP XXI wieku” - uważaj, co robisz w internecie po pracy - niech tylko ktoś mnie spróbuje zwolnić!

Kategorie:
rzeczy znalezione
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Но завтра новая река…

30 lipca 2010 | 21:33

Znowu siedzę w pracy po 10 godzin. Wpadło zlecenie na prosty serwis, postanowiłem przy tej okazji pobawić się w TDD. Ale żeby to miało sens, musiałem postawić sobie bazę (MySQL), repozytorium (SVN), napisać skrypty instalacyjne (w bashu), a także interfejs użytkownika (w HTML/CSS/jQuery). I oczywiście dorobić zapytania w gołym SQL-u, bo Class::DBI nie rozumie, co to znaczy GROUP BY. A serwis tworzy prosty wykres kołowy (biblioteka GD::Graph) i eksportuje dane do pliku XLS.

W efekcie nie do końca osiągnąłem to, co chciałem - bo planowałem skończyć we wtorek, a jeszcze kawałek jest rozgrzebany - ale za to odkryłem zupełnie nowe horyzonty, wiążące się z automatyzacją środowiska: kod piszę sobie w katalogu domowym, i stamtąd przesyłam na wirtualny serwer deweloperski. Jak działa, wrzucam do SVN, następnie odpalam skrypt eksportujący kod na serwer deweloperski i instalator. I po parunastu sekundach na serwerze mam świeży kod. Testy zapełniają mi jednocześnie bazę, więc jest nawet na czym pooglądać gotowy efekt.

Z drugiej strony w obecnym miejscu pracy to sztuka dla sztuki… chyba że w końcu pomęczę naszą wierchuszkę moimi pomysłami. Może się dadzą przekonać. A jak nie, cóż… są chyba firmy, które zatrudnią programistę Perla z dziesięcioletnią praktyką, w tym także w różnych pobocznych technologiach… ;-)

Tytuł to cytat z mojego ulubionego kawałka Адо; pasuje do kontekstu - a poza tym jestem szczerze ciekaw, co z niego zrobią czytniki RSS. ;-P

Kategorie:
moje własne emo, technikalia
Tagi:
administracja, Perl, SVN, TDD
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Drobiazgi imienno-nazewnicze - na szybko

26 lipca 2010 | 23:35

W ramach pisania generatora danych testowych odkryłem, że Polacy używają ok. 200 tysięcy nazwisk (kolejne 200 tys. jest notowanych, ale z liczbą użytkowników 0, słownie zero), ale tylko ok. 1200 imion. Zaskoczyło mnie to, spodziewałem się raczej kilkunastu, może kilkudziesięciu tysięcy nazwisk i kilku tysięcy imion. A aktualnie w wolnych chwilach kompletuję listy nazw ulic i miejscowości. ;-P

Istnieje co najmniej 8 imion męskich, kończących się na ‘a’. Sam pamiętałem ze cztery, kto da więcej? ;-)

Kategorie:
moje własne emo, technikalia
 
Komentarzy: 3 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Avangarda w pigułce i Paradox po godzinach

25 lipca 2010 | 13:17

Od paru lat nie mam czasu i kasy, by jeździć na wszystkie konwenty, na które bym chciał. Dlatego na Avangardę, mimo że w Warszawie, trafiłem tylko na chwilę - jako wsparcie moralne spotkania z Runą na temat pracy redaktora oraz dlatego, że Milena obiecała rzucić pornograficzne slajdy do swojej prelekcji o wiedźmach. :-)

Generalnie, program konwentu zapowiadał się interesująco i rozważałem nawet obecność na całym - ale oczywiście nie mogłem sobie pozwolić na urlop. Z drugiej strony Avangarda kojarzy mi się wyłącznie RPG-owo; nie spodziewałem się wcześniej zbyt solidnego programu literackiego i dlatego nie pomyślałem odpowiednio wcześniej o urlopie. Cóż, moja strata…

Dotarliśmy na konwent w sobotę około szesnastej. Zaraz na dzień dobry trafiliśmy na machających z samochodu Kosików, którzy właśnie gdzieś uciekali, oraz Kubę Ćwieka w pakiecie z Tadeuszem Olszańskim i jeszcze kilkoma osobami - na oko grupka zamierzała pociągnąć na jakiś obiad, wiec przywitaliśmy się tylko. A konwent ponoć głównie RPG-owy, prawda?…

W recepcji wzięliśmy jednodniówki. Sądząc po cyferkach na identyfikatorze, konwentowiczów było w sumie jakieś 550-600 sztuk. O tej porze nie było już tłoku. Ale było gorąco, więc wróciliśmy przed budynek - grupka obiadowa już się gdzieś oddaliła, ale za to nadciągnęli inni - więc przywitaliśmy się dla odmiany z Piotrem Staniewskim, a chwilę później z PWC-em, Elą i Dagajewem, polującymi na promocyjną konwentową pizzę. Wyskoczyliśmy więc jeszcze na krótkie zakupy (zimna woda - jak się później okazało, był to bardzo dobry pomysł).

Kolejne wejście na teren konwentu to kolejny pakiet dawno niewidzianych znajomych - Wojtek Orliński i Boni z całą paczką znajomych z sf-f. Ten pierwszy już uciekał, ten drugi został na spotkaniu z Runą. Samo spotkanie odbywało się w salce przeznaczonej na blok literacki, położonej chyba najdalej od wejścia i z oknami wychodzącymi na ulicę.

Przed Runą odbywało się tam spotkanie z Marcinem Przybyłkiem, sala była nabita, więc spotkanie trzeba było rozpocząć od gruntownego wietrzenia. W sumie brak czasu na przerwy to standardowy problem spotkań konwentowych - nie ma kiedy wywietrzyć sali, przynieść wody, wynieść śmieci, podłączyć rzutnika.

Marcin skończył punktualnie o 17, więc nastąpiła szybka wymiana publiczności i można było zacząć. Niestety - wywietrzenie sali przez dwie minuty niewiele dało; uczestnicy pocili się i co chwila sięgali po butelki z wodą. Prelegentki - czyli Ania i Karolina - również. W dodatku sala, jak to sala szkolna, nie miała nagłośnienia, a hałas uliczny skutecznie uniemożliwiał pozostawienie otwartych okien.

Zostawiliśmy więc otwarte drzwi - ale tu pojawił się kolejny problem. Otóż krzesełka były ustawione praktycznie od ściany do ściany, przechodzący do tylnych rzędów przeciskali się między krzesełkami i w efekcie parę osób stanęło w wejściu, skutecznie blokując przepływ powietrza (m.in. Żerań i Alex - a oni mają czym blokować ;-P ). Skończyło się na tym, że stałem przy oknie, wpuszczając świeże powietrze lub zamykając okno stosownie do głośności wypowiedzi prelegentek i natężenia ruchu.

Prelegentki - Karolina i Ania

Dziewczyny mówiły o tym, co w wydawnictwie robi redaktor, jakie warunki powinien spełnić początkujący autor, by jego dzieło zostało wydane, jakie są najczęstsze błędy autorów w komunikacji z wydawnictwem i jak wygląda praca redaktora z autorem. Publiczność miała wiele pytań. Jak echo powracały dwa: “po jakim czasie od wysłania manuskryptu autor może się skontaktować z wydawnictwem?” oraz “czy jeśli wydawnictwo nie odpowie przez [tu wstawić dowolnie długi okres czasu], to znaczy, że moja powieść nie zostanie wydana?” - ale kilkanaście osób pytało też o bardziej konkretne sprawy.

Publiczność żądna wiedzy :-)

Ze względu na duże zainteresowanie publiczności spotkanie przeciągnęło się o ponad czterdzieści minut - tym bardziej, że pomiędzy spotkaniem z Runą a prelekcją Mileny było zaplanowane godzinne okienko. Paręnaście osób wyszło o 18, żeby zdążyć na inne punkty programu, ale ponad połowa dotrwała do końca mimo niesprzyjających warunków.

Po spotkaniu z Runą postaliśmy jeszcze chwilę na korytarzu, czekając na Milenę. Przez ten czasu udało się wywietrzyć salę, więc gdy już dotarł rzutnik i laptop (zamówione wcześniej, ale najwyraźniej do końca potrzebne przy jakimś innym punkcie programu), można było rozpocząć prelekcję przy zamkniętych oknach. I bardzo dobrze, że zamkniętych - Milena mówi cicho - ale nawet to nie do końca pomogło, więc publiczność skupiła się w trzech pierwszych rzędach i czytała z ruchu warg.

Prelekcja składała się z opisów praktyk uczestników sabatów oraz torturujących ich później inkwizytorów. Ilustracjami były ryciny z dzieł największych autorytetów epoki, przedstawiające wyuzdane praktyki seksualne wiedźm i diabłów, w tym całowanie diabła w podogonie i tańce z diabłami w kółeczku, a jedna z ilustracji, przedstawiająca przygotowanie dzieci do spożycia, tzn. gotowanie w kotle i podawanie w całości na talerzu, mała charakter pornografii dziecięcej, wyjątkowo wyuzdanej jak na wiek XVII.

Ogólna konkluzja prelegentki była taka, że opisy praktyk czarnoksięskich, w tym zeznań wydobytych z uczestników sabatów, ilustrowane przez odpowiednie ryciny, zaspokajały niesłabnący popyt na opisy skandalicznych uciech cielesnych - i zupełnie legalnie były podawane pod płaszczykiem piętnowania tychże, tak jak robią to również obecnie niektóre czasopisma.

Muszę przyznać, że jestem pełen podziwu dla wszystkich, którzy w tej salce przysłuchiwali się prelekcjom od czwartku poczynając: przecież w sobotę po południu ruch uliczny jest słabszy, niż w ciągu zwykłego dnia roboczego. Zupełnie nie rozumiem, jak można było na blok literacki - prelekcje, spotkania - wyznaczyć salkę z oknami od strony ulicy. No ale cóż, w sumie to przecież konwent dla graczy…

Zastanawiałem się jeszcze nad spotkaniem z Markiem Baranieckim, ale uznałem, że nie dałbym rady - po trzech godzinach w dusznej i narażonej na hałas uliczny salce nasz udział w konwencie się zakończył. Pożegnaliśmy się z Mileną i ruszyliśmy do Paradoksu na jakieś piwo i kolację.

Na całe szczęście skorzystaliśmy ze skrótu, którego organizatorzy nie zdradzili w materiałach konwnetowych, i dotarliśmy do Paradoksu w kilkanaście minut, wyprzedzając główną falę konwentowiczów. W środku było już sporo gości, ale Ania zajęła większy stolik, a gdy zaraz po nas dotarła - surprise, surprise! - Milena, dołączyliśmy jeszcze jeden i zsunęliśmy wszystkie dostępne krzesła. A tłum gęstniał…

Pamiętam, ze przywitałem się z Ailen, z Lukasem, piszczącym na mój widok jak całe stado fanek, z Trashką, Teklakiem, Kreską, Kaczorem, Puszonem i sam już nie wiem, kim jeszcze. Pospiskowaliśmy trochę z Żeraniem i Michałem Studniarkiem, wymieniłem parę zdań z Kubą Ćwiekiem. Prawie godzinę przegadałem z baaardzo dawno nie widzianym Romkiem Pawlakiem, a Baron obfotografowywał nas ze wszystkich stron jak rasowy paparazzi. Jeden wieczór to za mało, żeby porządnie nagadać się ze wszystkimi…

Niespodziewaną atrakcją wieczoru byli ochroniarze, którzy dostali zgłoszenie z instalacji alarmowej o włamaniu - najwyraźniej czujniki zwariowały od nadmiaru gości. Najchętniej przesiedziałbym tam cały wieczór, ale sala była tak nabita, że ledwo udało nam się przebić do wyjścia.

Jeszcze paręnaście minut luźnej rozmowy o Nohavicy i komunikacji miejskiej z Mileną, jej osobnikiem towarzyszącym oraz Baronem - i wróciliśmy do domu.

Podsumowując - jeden wieczór to mało, żeby nadrobić lata towarzyskich zaległości, jakie mi się nazbierały. Z drugiej strony, wystarczająco dużo, by organizm przestawił się w tryb konwentowy: położyłem się o drugiej, a o ósmej rano zerwałem rześki i gotowy do uczestnictwa w dalszych punktach programu. ;-P

Organizatorom Avangardy życzę, aby w przyszłym roku mieli lepiej przemyślany rozkład sal, z blokiem literackim umieszczonym gdzieś daleko od ulicy, gdzie można przez cały dzień siedzieć przy otwartych oknach, nie nadszarpując sobie strun głosowych przekrzykiwaniem ulicznego zgiełku. I by znaleźli te pięć minut na wietrzenie sal, metr szerokości sali na przejście między rzędami, parę kartek na grafik przydziału rzutników/laptopów… Bo Avangarda z dość już mocno rozbudowanym programem literackim to ciekawa propozycja na lato i w przyszłym roku zamierzam się znowu pojawić - może wreszcie na dłużej. :-)

Kategorie:
fantastycznie
Tagi:
Anna Brzezińska, Avangarda, Milena Wójtowicz, Paradox
 
Komentarzy: 4 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Silva rerum

24 lipca 2010 | 11:00

Wciąż próbuję znaleźć jakiś system przechowywania ciekawych tekstów, znalezionych gdzieś w sieci. Kiedyś próbowałem del.icio.us, ale to nie to - obcy serwis, gdzieś daleko - nie lubię. Zresztą same linki to mało, bo nigdy nie wiadomo, jak długo taki materiał powisi. Dobrym rozwiązaniem jest ScrapBook - wtyczka do Firefoksa, umożliwiająca zapamiętanie treści (można też edytować ściągniętą stronę, np. usuwając reklamy, ale edytor jest niewygodny).

Ale ScrapBook nie pozwala ich wygodnie wyszukiwać. W dodatku po roku czy dwóch wrzucania kilku tekstów dziennie okazało się, że Firefox chodzi jak zdychająca krowa. Bo na dzień dobry wczytywał całą zawartość… Więc szukam intensywnie dalej.

Na razie postanowiłem, że będę po prostu linkować co ciekawsze teksty. Bo są tego moim zdaniem warte. Bo można o nich porozmawiać. Bo tak. I dziś pierwsza porcja:

Ta straszna Kora i jej wybory - stara śpiewka pierdzistołków - “przecież artyści się obijają, a koncert to rozrywka, więc za co tu płacić?”

Ucieczka przed cudzymi spojrzeniami - zapowiada się interesujący film

Dezubekizacja do Strasburga - i słusznie

Znalazł grób babki podwójnej noblistki - ciekawostka

Centrum miasta do zabawy czy mieszkania?

Skrzyknęli się na Facebooku i postawili przed Pałacem Prezydenckim… spaghetti - i nie dali mi znać, łobuzy… :-P

Kategorie:
rzeczy znalezione, technikalia
Tagi:
Firefox, ScrapBook
 
Komentarzy: 6 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Migawka spacerowa

23 lipca 2010 | 22:38

Ulica, jakich wiele - niby centrum miasta, ale tak bardziej na skraju. Szpaler drzew odgradza domy od jezdni. Po drugiej stronie ogródki. Po całym dniu prażącego słońca nieruchome powietrze ledwo pozwala oddychać. Jak okiem sięgnąć, żadnego ruchu - tylko z rzadka przejeżdża samochód.

Chodnikiem po drugiej stronie nadchodzi niewysoka, dość krótko ostrzyżona dziewczyna w czarnej koszulce oraz chłopak w koszulce szarej, ostrzyżony jeszcze krócej. Idą blisko siebie i żywo rozmawiają, zupełnie nie przejmując się upałem. Przejeżdża autobus. Dziewczyna przechyla głowę na ramię chłopaka i uśmiecha się. W tym uśmiechu jest cała radość świata.

Odchodzą w stronę zachodzącego słońca.

… Para mieszana, chyba bardzo zgrana.
Mam pierścionek, pewnie Ci go dam…

Kategorie:
migawki
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Płyta D510MO a tryby graficzne Ubuntu

| 0:03

Problem powtarzający się od samego początku: Ubuntu nie rozpoznaje prawidłowo obsługiwanych przez trybów graficznych. Nie wiem, czy to wina zintegrowanej na płycie karty grafiki, czy monitora (Iiyama E2202WS), ale po restarcie wraca do podstawowej rozdzielczości - 1024×768, a nawet 800×600 - i tylko te dwie opcje są dostępne.

W paru miejscach (np. tu, tu, tu) podawane jest rozwiązanie - użyć xrandr, a następnie wyedytować plik /etc/gdm/Init/Default - tyle że to niewiele pomaga, bo po jakimś czasie problem powraca.

Znalazłem dwa miejsca, gdzie podane jest bardziej skuteczne rozwiązanie (tu i tu): dużo bardziej pomaga edycja pliku /etc/gdm/PreSession/Default. Ale dlaczego tak, to nie wiem…

Czyli, krótko, należy użyć dwóch narzędzi: xrandr zwraca informacje o dostępnych kombinacjach rozdzielczości i częstotliwości odświeżania oraz pozwala je ustawić. Natomiast cvt dobiera właściwe parametry dla podanej rozdzielczości.

Najpierw należy wywołać cvt z pożądaną rozdzielczością:

cvt 1680 1050

otrzymamy coś w rodzaju

# 1680x1050 59.95 Hz (CVT 1.76MA) hsync: 65.29 kHz; pclk: 146.25 MHz
Modeline "1680x1050_60.00" 146.25 1680 1784 1960 2240 1050 1053 1059 1089 -hsync +vsync

Aby sprawdzić, jak system identyfikuje bieżące wyjście grafiki, wywołujemy xrandr bez parametrów:
xrandr
Screen 0: minimum 320 x 200, current 1024 x 768, maximum 8192 x 8192
VGA1 connected 1024x768+0+0 (normal left inverted right x axis y axis) 310mm x 230mm
1024x768 85.0*+ 75.1
800x600 75.0
640x480 75.0 60.0
720x400 70.1

W tym wypadku okazuje się, że system oznaczył wyjście po prostu jako VGA1. Tej nazwy będziemy dalej używać.

Następnie definiujemy nowy tryb pracy, używając xrandr –newmode i przeklejając wszystkie parametry zwrócone przez cvt po Modeline:

xrandr --newmode "1680x1050_60.00" 146.25 1680 1784 1960 2240 1050 1053 1059 1089 -hsync +vsync

I jeszcze raz, tym razem xrandr –addmode, aby dodać ten nowo zdefiniowany tryb:

xrandr --addmode VGA1 1680x1050_60.00

I na koniec ustawiamy nowy tryb jako domyślny:

xrandr --output VGA1 --mode 1680x1050_60.00

Aby działało to przy każdym wywołaniu, należy trzy ostatnie polecenia:

xrandr --newmode "1680x1050_60.00" 146.25 1680 1784 1960 2240 1050 1053 1059 1089 -hsync +vsync
xrandr --addmode VGA1 1680x1050_60.00
xrandr --output VGA1 --mode 1680x1050_60.00

umieścić w pliku /etc/gdm/PreSession/Default lub /etc/gdm/Init/Default - trudno mi powiedzieć, który lepiej zadziała. Jak nie jeden, to drugi.

W przypadku pliku /etc/gdm/PreSession/Default nalezy te trzy linie umieścić po prostu na końcu.

Natomiast w przypadku /etc/gdm/Init/Default należy je wkleić raczej na początku, zaraz za liniami

PATH=/usr/bin:$PATH
OLD_IFS=$IFS

Kategorie:
technikalia
Tagi:
10.04, Atom, D510, D510MO, E2202WS, Iiyama, Intel, N10, Ubuntu
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

« Poprzednie wpisy

Licencja Creative Commons

Wszystkie teksty i zdjęcia w tym serwisie są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Na tych samych warunkach 3.0 Polska

Kategorie

  • fantastycznie
  • migawki
  • moje własne emo
  • netologia praktyczna
  • pracowe
  • płacę - wymagam
  • rzeczy znalezione
  • technikalia
  • w wielkim mieście
  • zoon (a)politikon

Najświeższe wpisy

  • Dzień kolejny minął
  • Cholerna duperela
  • Znajomości na Facebooku
  • Linki na niedzielę
  • Но завтра новая река…
  • Drobiazgi imienno-nazewnicze - na szybko
  • Avangarda w pigułce i Paradox po godzinach
  • Silva rerum
  • Migawka spacerowa
  • Płyta D510MO a tryby graficzne Ubuntu
  • Rozwiązanie problemu z sygnaturami repozytoriów Ubuntu
  • Porządki w szablonie
  • Migawki na Picasie
  • Migawka prawicowo-alternatywna
  • Migawka upalno-ostateczna

Archiwa

  • sierpień 2010 (3)
  • lipiec 2010 (16)
  • czerwiec 2010 (3)
  • maj 2010 (1)
  • kwiecień 2010 (5)
  • marzec 2010 (12)
  • luty 2010 (1)
  • listopad 2009 (1)
  • październik 2009 (2)
  • wrzesień 2009 (3)
  • sierpień 2009 (3)
  • kwiecień 2009 (2)
  • marzec 2009 (2)
  • luty 2009 (5)
  • styczeń 2009 (3)
  • listopad 2008 (1)
  • wrzesień 2008 (1)
  • lipiec 2008 (1)
  • czerwiec 2008 (8)
  • maj 2008 (3)
  • kwiecień 2008 (9)
  • marzec 2008 (7)
  • luty 2008 (4)
rss RSS komentarzy valid xhtml 1.1 design by jide powered by Wordpress reCAPTCHA Wordpress Licencja Creative Commons get firefox