Dziupla

przytulna i ciepła
  • rss
  • Główna
  • O mnie?

Rodzinny?

25 marca 2008 | 23:40

Od kilku dni śmieszy mnie reklama (żarówkowa [1]) na ścianach Marriotta: “NIEDZIELNY BRUNCH RODZINNY!!! GOTOWANIEM I DZIEĆMI ZAJMIEMY SIĘ MY!!!”

Współczuję tylko dzieciom idioty, który uważa, że słowo “rodzinny” jest tu na miejscu…

Przypis dla niezorientowanych:
[1] - Warszawski Marriott jest wysoki i dobrze widoczny ze wszystkich stron - i podobnie jak wszystkie inne warszawskie budynki ożarówkowany dookoła. Większość co większych warszawskich budynków rozrywkowo-biurowych ma sznury żarówek wzdłuż krawędzi, które w okresie świątecznym mrugają, pulsują albo pełzną jak mróweczki (szczyt reklamowej techniki w latach 20. ubiegłego wieku). Management Marriotta doszedł w tym szaleństwie nieco dalej, mniej wiecej do lat 70. - żaróweczki tworzą matrycę do wyświetlania liter i co jakiś czas epatują pełznącymi ze ściany na ścianę hasełkami kierowców tkwiących w korku wzdłuż Chałubińskiego i Al. Jerozolimskich. Niektóre hasełka, jak widać powyżej, tchną rzadkiej urody kretynizmem…

Swoją drogą, żaróweczki na niektórych budynkach to temat na większy fotoreportaż… ;-P

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

5115311959

23 marca 2008 | 1:24

…At last the Red Queen began. `You’ve missed the soup and fish,’ she said. `Put on the joint!’ And the waiters set a leg of mutton before Alice, who looked at it rather anxiously, as she had never had to carve a joint before.
`You look a little shy; let me introduce you to that leg of mutton,’ said the Red Queen. `Alice–Mutton; Mutton–Alice.’ The leg of mutton got up in the dish and made a little bow to Alice; and Alice returned the bow, not knowing whether to be frightened or amused.
`May I give you a slice?’ she said, taking up the knife and fork, and looking from one Queen to the other.
`Certainly not,’ the Red Queen said, very decidedly: `it isn’t etiquette to cut any one you’ve been introduced to. Remove the joint!’…

(Lewis Carroll, “Through the Looking-Glass”, Project Gutenberg)

Ten fragment natychmiast mi się przypomniał, gdy przyjrzałem się etykietce: “Pudding - Alicja, Alicja - pudding”

Okazało się, że jutro zjemy nie jakąś wołową łopatkę, tylko łopatkę konkretnej krowy, mianowicie krowy numer 5115311959. I trochę mi się głupio zrobiło…

Krowo nr 5115311959, niech Ci niebiańskie łąki będą zawsze soczyste. A tak nawiasem mówiąc, Twoja łopatka jest bardzo smaczna!

Comments
2 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Korek

21 marca 2008 | 19:28

Od czwartku Warszawa ma ponownie tylko jedną linię metra. Przez czternaście miesięcy miała dwie - od Kabat do Wilsona i od Wilsona do Marymontu. Tyle że nikt się tym faktem nie chwalił, bo i nie było czym: najpierw stacja Marymont miała być uruchomiona jednocześnie ze stacją Słodowiec, a potem, jak się okazało, że się nie da, to decydentom po prostu zabrakło jaj, żeby wydac kilka milionów złotych i przystosować torowisko za Marymontem do zawracania składów. Zamiast tego puszczono jeden pociąg, jednym torem, wahadłowo, co dziewięć minut - podczas gdy ten odcinek piechotą można przejść w siedem.

No ale w końcu, z ponad rocznym opóźnieniem w stosunku do pierwotnych założeń udało się dociągnać tory so Słodowca, gdzie pociągi mogą zawracać. Tzn. dojeżdżają z pasażerami do Marymontu, następnie puste jadą do Słodowca i tam są przestawiane na drugi tor, po czym wracają na Marymont i biorą pasażerów w drugą stronę. Ale to tylko w teorii tak pięknie wygląda.

Marymont - pociąg na Słodowiec po prawej, na Kabaty po lewej…

Jak to jest w praktyce, przekonałem się naocznie, wsiadając do metra na Marymoncie. Na drugim torze czekał pusty pociąg (jadący na Słodowiec celem zmiany kierunku). No, ucieszyłem się nawet - to fajnie zobaczyć wreszcie normalny ruch na tej stacji. Na Wilsona na torze obok czekał kolejny pociąg w stronę Marymontu. Hm. Pociągi powinny jeździć co ok. 3 minuty, a trasę pomiędzy kolejnymi stacjami pociąg przejeżdża w minutę-półtorej. Przypadek? Nie; na Gdańskim znowu to samo - na torze obok pociąg czekający na odjazd w kierunku Pl. Wilsona. I tak dalej, co stację.

Po dwóch godzinach wracałem - również metrem. Zbiegając na peron stacji Centrum słyszałem szum stojącego pociągu. Wpadłem do środka, wyjrzałem na zegar i zdziwiłem się. Zegar pokazywał 1:30 - czyli półtorej minuty od odjazdu poprzedniego pociagu. Po kolejnych dwóch minutach pociag ruszył. Dojechał do Świetokrzyskiej - a tam na zegarze 1:50… Po kolejnych dwóch minutach stania i minucie jazdy - Ratusz. 1:45… To jednak jeszcze nie koniec. MIędzy Ratuszem a Gdańskim pociąg zwolnił. Prawie stanął. Po czterech minutach Gdański - a na wyświetlaczu 2:05. Znowu przed czasem! Minuta z kawałkiem stania - i jedziemy na Wilsona. I znowu postój w tunelu… Maszynista też najwyraźniej miał tego dosyć, bo po każdym postoju ruszał z takim przyspieszeniem, że pasażerów spychało z siedzeń - ale nie ma się co dziwić: też bym się wkurzył, jadąc przez całą zmianę w permanentnym korku pod ziemią!

Odjazd pociagu na Słodowiec

Przypuszczam, że to kwestia systemu sterowania ruchem: zmiana kierunku jazdy na Słodowcu musi chwilę trwać, w tym czasie na Marymoncie czeka kolejny pociąg, ale sygnalizacja go nie wypuszcza ze stacji, dopóki tamten na Słodowcu nie zwolni toru. A to z kolei blokuje możliwość wjazdu kolejnego pociągu na odcinek Wilsona-Marymont - i tak dalej, stacja po stacji, aż do Kabat. Cóż, miejmy nadzieję, że to szybko poprawią.

A Słodowiec ma ruszyć za miesiąc. Stacja od paru tygodni wygląda na gotową…

Północne wejście stacji Słodowiec - koniec stycznia

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Styropianowy śnieg… ;-)

19 marca 2008 | 15:15

Uczniem podstawówki będąc, bawiłem się czym popadło. Jednym z dostępnych surowców do zabawy był styropian. Kradło się go z budowy (a że mieszkałem na wielkopłytowym osiedlu od samego początku jego powstawania, to budów dokoła było pełno), łamało na mniejsze kawałki, szlifowało o ścianę budynku i nabijało na patyczki, tworząc całkiem podobne do prawdziwych wieże artyleryjskie (z lufami z patyczków, a jakże) i nadbudówki okrętów wojennych; następnie kilka takich wież czy nadbudówek osadzało się na wspólnej podstawie, wodowało na co większej kałuży i rozpoczynało wojny z konkurentami. Wojny polegały na waleniu na przemian cegłówkami w flotę przeciwnika, aż do rozbicia okrętów na kawałki.

Efektem ubocznym szlifowania styropianu o ścianę był… wróć, były dwa efekty uboczne. Jednym był wysoki ni to pisk, ni to zgrzyt - tak wysoki i przenikliwy, że aż bolały zęby. Drugim były drobne strzępki styropianu, które potem ścieliły się po okolicy - lub snuły w powietrzu, miecione podmuchami wiatru - dość udatnie naśladując śnieg.

Tym razem jednak udało mi się zaobserwować odwrotne zjawisko - mianowicie śnieg, który bardzo udatnie naśladował styropianowe kulki.

Zaczęło się od tego, że wyglądałem przez okno. Piękny, słoneczny dzień, w sam raz na badmintona lub spacer, tylko że wiatr nasunął nad nasz budynek ciemnosiną chmurę. I z góry posypało się białe.

Białe wyglądało jak nieduże kulki styropianu; tak samo okrągłe, tak samo podskakujące po upadku. Ale tym razem był to śnieg. Dowód w załączeniu. :-)

Padający i skaczący…

Po pięciu - dosłownie pięciu - minutach świat był biały.

Zasypujący jak leci…

A po kolejnych parunastu - śniegu już nie było. ;-) Tylko mokre kałuże. Cóż, marzec…

A tu - dowód, że to nie był styropian: śnieg w trakcie topnienia (robione z lampą, równo z drugim zdjęciem, trzy minuty po pierwszym).

Topniejący…

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Cukier kryształ

15 marca 2008 | 19:14

… a ściślej, kryształy cukru. Owszem, ja wiem, że można wyhodować duże kryształy wszystkiego, jesli tylko zapewnić im warunki do spokojnego narastania, ale nie sądziłem, że ktoś to robi przemysłowo ze zwykłym cukrem!

Pojedynczy kryształ cukru wygląda tak:
“Kryszałek” cukru
(W przybliżeniu dwie ścięte piramidki połączone podstawami.)

Więcej kryształków wygląda tak:
Więcej “kryształków”…

Cała cukiernica, wraz z łyżeczką, żeby pokazać rozmiar:
Cukiernica z łyżeczką…

A tu cukiernica w towarzystwie sobie podobnych ;-)
Cukiernica bez łyżeczki
(miniaturka - powiększa się; jeszcze nie wyczaiłem, jak zmienić domyslny rozmiar miniatur…)

Zdjęcia robiłem dzisiaj w kawiarence na Chłodnej 25. Mają tam cukier biały, brązowy, sypki i w kostkach - do wyboru; a dodatkowo te kryształki…

Comments
1 komentarz »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Wiosenny badminton niskopienny

14 marca 2008 | 18:56

Owszem, za oknem jeszcze trochę chłodno, błotko pluszcze pomiędzy kępkami trawy, dres okazuje się po zimie nieco przyciasny, ale nic to. Sezon można uznać za rozpoczęty. Nawet jeśli po długiej przerwie lotka lata nisko przy ziemi, jakby ją między graczami jakiś jamnik przenosił w pysku… ;-)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

RWE Stoen, czyli chichot komuny

13 marca 2008 | 18:51

Godz. 10:06: Dzwonek do drzwi. Dwóch panów przyszło odłączać prąd, bo niezapłacone. Na propozycje płacenia kartą lub przyjścia za godzinę, żebym zdążył podejść do bankomatu, usłyszałem, że im się to nie opłaca. Lampki na serwerze gasną smutno…

Godz. 10:15: Klnąc szukam rachunków. Faktycznie, niezapłacone. Nic dziwnego, skoro faktury są prognozowe, przychodzą we wrześniu i lądują na stercie papierów…

Godz. 10:25: Gdzie u licha jest ul. Rudzka? Na zumi.pl z oczywistych przyczyn nie sprawdzę. Kupuję mapę Warszawy w najbliższym kiosku.

Godz. 10:36: Pobieram pieniądze z najbliższego bankomatu - na pl. Wilsona. Chmurzy się.

Godz. 11:00: Po kilometrowym spacerku od przystanku tramwajowego docieram do Centrum Obsługi Klienta. Szumna nazwa - portier, automat do wydawania numerków (niestety, ta zaraza z Warszawy rozprzestrzenia się juz i na mniejsze miasta…). Biorę numerek - 31. Trwa obsługa numeru 22, cztery stanowiska, dwie osoby czekają, dwie urzędniczki obsługują jednego klienta. Pytam o kasę - nie ma. Jedyna kasa RWE Stoen jest na Oszmiańskiej, na Pradze-Północ. Można płacić na poczcie. Nie, panie nie wiedzą, gdzie jest poczta. One nie stąd. Ale można płacić bez prowizji w Eurobanku na Wilsona… Na szczęście powtórne podłączenie zrealizują tego samego dnia. Wychodzę - zaczyna padać.

Godz. 11:30: Docieram z powrotem na Wilsona.

Godz. 11:36: Owszem, Eurobank przyjmuje wpłaty bez prowizji, ale tylko do czerwca. Nic to - zapłacone. Jadę z powrotem na Rudzką.

Godz. 11:45: Idę od pętli w stronę Rudzkiej. Zaczyna padać.

Godz. 11:50: Zaczyna sypać grad. Osłaniam się teczką i idę dalej.

Godz. 11:55: Docieram, mokry, do COK. Mój numerek oczywiście przeleciał - jest właśnie obsługiwany nr 33. Biorę następny - 47. Osiem osób czeka. Przy jednym stanowisku urzędniczka wypełnia jakieś kwity, przy kolejnym klientka siedzi samotnie i czeka, przy pozostałych dwóch dwie kolejne urzędniczki z pomocą trzeciej obsługują dwóch klientów. Z zaplecza wybiega piąta urzędniczka, przebiega ze dwadzieścia metrów do wyjścia i upomina stojących tam klientów, żeby zamykali drzwi, bo się robi przeciąg i jej zimno. Generalnie panie wyglądają jak urzędniczki pocztowe w filmach z lat 60. - blond z odrostami, sto dwadzieścia kilo żywej wagi (tylko jedna szczupła - ta, co jej zimno), bladoniebieskie firmowe koszulki polo i spódnice w łączkę.

Godz. 12:05: Przychodzi nowa klientka. Trzem urzędniczkom udało się obsłużyć jednego klienta, skupiają się na drugim, zastanawiając się, co ma na myśli System, zadający pytanie “czy wprowadzić jeszcze raz dane wejściowe?”. Dwie osoby rezygnują i wychodzą.

Godz. 12:15: Przybiega wcześniej niewidoczna urzędniczka nr 6, obsługująca klientkę przy drugim stanowisku. Po krótkiej rozmowie klientka wychodzi, a urzędniczka znika z pola widzenia na zawsze. Urzędniczka przy stanowisku nr 1 decyduje się obsłużyć jakiegoś klienta. Wychodzą kolejne dwie osoby. Trzem urzędniczkom udało sie połączonymi siłami załatwić dwóch klientów (nr 39 i 42 - pozostali z przedziału 33-42 wyszli, nie doczekawszy się obsługi). Facet obok mnie przyjmuje pozycję narciarza na progu startowym - ma numer 44. Urzędniczka nr 4, ta pomagająca, wychodzi. Facet koło mnie czerwienieje, jakby miał zaraz eksplodować. Odsuwam się nieco.

Godz. 12:20: Facet koło mnie doczekał się obsługi przy stanowisku nr 1. Po chwili przychodzi kolej na mnie. Pani bardzo się cieszy, że za podłączenie już zapłaciłem, ale musi mi jeszcze wydrukowac polecenie zapłaty i fakturę. Bierze moje papiery i znika.

Godz. 12:35: Wraca, wymachując radośnie dwoma kwitkami. Teraz trzeba jeszcze wystawić zlecenie podłączenia…

Godz. 12:45: Po połączeniu sił dwóch urzędniczek zlecenie zostało wystawione. Teraz trzeba zadzwonić do windykacji i zapytać, czy doszło… Moja urzędniczka odgarnia włosy z czoła i rozgląda się po sali. Na całe szczęście pani obsługująca klienta przy stanowisku nr 1 (tak, tego eksplozywnego) doszła do tego samego etapu: rozmawia przez telefon. “Dzwonisz do windykacji?!” “TAK!” “To poczekaj, momencik!…” - sto dwadzieścia kilogramów na szczeście wyhamowuje przed zderzeniem. “Tak, jeszcze jeden klient!… Moment, zaraz podam!…” - przybiega, znowu cudem unikając staranowania biurka, chwyta moje kwity i biegnie z powrotem… podaje adres… udało się! Monterzy mają być między 14 a 17. No dobra, poprzednim razem byli przed czasem (bo to już trzeci raz taka akcja przez trzy lata…) - więc trzeba się pospieszyć. Wychodzę w mokrej kurtce. Słonecznie, ale wieje.

Godz. 13:15: Docieram do domu. Zaczynam czekać.

Godz. 14:00: Nic.

Godz. 15:00: Nic.

Godz. 16:00: Nic.

Godz. 16:48: Dzwonek. Wpuszczam. “Ma pan stołeczek?” Mam, nawet drabinkę. “A, bo nie byliśmy pewni, czy pan będzie - miało być po 17″… Litościwie nie wyjaśniam, że po 17 to ja miałem jechać robić awanturę… Podaję drabinkę. Włączają, spisują licznik.

Godz. 17:05: Serwer wstaje. Nawet IP mam nadal to samo, na szczeście…

Parę uwag: w ramach cięcia kosztów RWE Stoen zlikwidował kasy, zmuszając klientów do kursowania pomiędzy COK a pocztą lub bankiem. Dodatkowo wymienił system informatyczny, ale nie przeprowadził wystarczających szkoleń i do wykonania jakiejkolwiek operacji potrzeba trzech urzędniczek, bo każda pamięta tylko niektóre czynności. Interfejs użytkownika jest oczywiście pisany przez programistów i nie był testowany na końcowych użytkownikach, wiec urzędniczki nie wiedzą, co program do nich mówi.

Ponadto odkąd pamiętam trwa co roku ta sama kołomyjka: faktury prognozowe przychodzą w marcu i wrześniu. Prognozowaniem zajmuje się program z czasół chyba późnego Gomułki, który zakłada, że zużycie energii podlega sezonowym wahaniom - co akurat jest prawdą - tyle że wyliczenie tego zużycia zakłada, ze użytkownik korzysta z prądu tylko, jak ma za oknem ciemno. Tzn. że prąd służy do celów li i jedynie oświetleniowych. Więc prognoza z marca opiewa na kwotę 130 zł za pół roku (bo noce są krótkie).

Problem w tym, że twórca tego oprogramowania (oby mu już nigdy nie stanął, i jego potomkom do siódmego pokolenia też!) radośnie pominął sprzęt AGD typu pralki czy lodówki, który generuje stałe zużycie niezależnie od pory roku. Pominął również istnienie komputerów (co akurat jest wybaczalne, bo nie każdy ma w domu serwer) i żarówek energooszczędnych (a tego znów wybaczyć nie można!) Ja mam wszystkie żarówki wymienione na energooszczędne, pralkę, lodówkę i włączony non stop serwerek. W sumie zużycie prądu wynosi ok 4 kWh na dobę latem i 6,5 kWh na dobę zimą. Teoretycznie daje to rachunki na poziomie 120 zł (bo płatne co dwa miesiące!) latem i 200 zł zimą. Więc odczyt licznika we wrześniu pokazuje, że zostało zużyte prądu za 360 zł. W tym momencie program głupieje i wylicza zimową prognozę na 900 zł, przy czym pierwszy rachunek obejmuje oczywiście niedopłatę z lata (200 zł) - a więc prawie 500 zł razem.

Z kolei odczyt marcowy pokaże, że zużycie wyniosło nie 900, a 600 zł i jest 300 zł nadpłaty - więc ta kwota będzie odjęta od letnich rachunków, czyli latem nie zapłacę nic. Po czym znowu we wrześniu okaże się, że mam 60 zł dopłacić…

Polecenia zapłaty nie mogę zastosować, bo umowa jest nie na mnie, tylko na matkę właściciela (która od czterech lat nie żyje - a właściciel siedzi w Austrii i nie będzie się tu fatygować dla jednego papierka), więc bank się nie zgodzi na tej podstawie przelewać należności. Ze mną umowy nie podpiszą, bo nie jestem właścicielem - fakt, że mieszkanie wynajmuję, mam na to kwity itepe, nie ma tu nic do rzeczy. A stałe zlecenie nie ma sensu, bo kwota jest zmienna.

Dlatego już trzecią zimę zamierzam wprowadzić system, w którym płaciłbym tylko za rzeczywiście zużyty prąd, ale to wymaga: a) sprawdzenia licznika, b) podjechania do COK i zgłoszenia tego faktu (telefonicznie się nie da, bo na całą Warszawę jest jeden numer i jest wciaż zajęty…), c) otrzymania uaktualnionych rachunków i zapłacenia według nich. Oczywiście jak za oknem ciemno, mokro, zimno, to mi się nie chce tam lecieć - aż w końcu wiosną przychodzi dwóch panów z poleceniem odłączenia. Bo według prognozy zalegam - mimo że faktycznie jeszcze mam nadpłatę…:-P

Jaki z tego morał? Że wiosna w Warszawie zaczyna się wtedy, gdy do wynajmujących mieszkania pukają monterzy z nakazem odłączenia prądu… ;-)))

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Najświeższe wpisy

  • Zza ekranu
  • W co się bawić?
  • AI
  • Migawka tramwajowa
  • Śmierć w Internecie
  • Migawki z wczorajszego słonecznego popołudnia
  • “Ludzki obyczaj ciekawy jest nadzwyczaj”
  • Życie poza korpo - czy istnieje? (uwaga, tldr!)
  • Życie w korpo
  • Szybki włam
  • Dzień wybuchających liści
  • Świąteczna uczta bogów na cztery ręce
  • Drobiazgi
  • Stulecie detektywów
  • Spieszmy się czytać blogi0), czyli o prywatności w sieci

Archiwa

  • luty 2010 (1)
  • listopad 2009 (1)
  • październik 2009 (2)
  • wrzesień 2009 (3)
  • sierpień 2009 (3)
  • kwiecień 2009 (2)
  • marzec 2009 (2)
  • luty 2009 (5)
  • styczeń 2009 (3)
  • listopad 2008 (1)
  • wrzesień 2008 (1)
  • lipiec 2008 (1)
  • czerwiec 2008 (8)
  • maj 2008 (3)
  • kwiecień 2008 (9)
  • marzec 2008 (7)
  • luty 2008 (4)

Zajrzeli na chwilę

kasiak74

rss Komentarze rss valid xhtml 1.1 design by jide powered by Wordpress reCAPTCHA Wordpress linkujmy! Wordpress get firefox