5115311959
23 marca 2008 | 1:24…At last the Red Queen began. `You’ve missed the soup and fish,’ she said. `Put on the joint!’ And the waiters set a leg of mutton before Alice, who looked at it rather anxiously, as she had never had to carve a joint before.
`You look a little shy; let me introduce you to that leg of mutton,’ said the Red Queen. `Alice–Mutton; Mutton–Alice.’ The leg of mutton got up in the dish and made a little bow to Alice; and Alice returned the bow, not knowing whether to be frightened or amused.
`May I give you a slice?’ she said, taking up the knife and fork, and looking from one Queen to the other.
`Certainly not,’ the Red Queen said, very decidedly: `it isn’t etiquette to cut any one you’ve been introduced to. Remove the joint!’…
(Lewis Carroll, “Through the Looking-Glass”, Project Gutenberg)
Ten fragment natychmiast mi się przypomniał, gdy przyjrzałem się etykietce: 
Okazało się, że jutro zjemy nie jakąś wołową łopatkę, tylko łopatkę konkretnej krowy, mianowicie krowy numer 5115311959. I trochę mi się głupio zrobiło…
Krowo nr 5115311959, niech Ci niebiańskie łąki będą zawsze soczyste. A tak nawiasem mówiąc, Twoja łopatka jest bardzo smaczna!









To jest w porządku, nie? Zawsze mi dziwnie, kiedy myślę o anonimowości na przykład tacki kurzych udek.
Wiesz, to jednak trochę krępujące, znać kogoś, kogo się zjada. Chociaż ta krowa, to jeszcze nic takiego…
Bardzo dawno temu spędzałem wakacje u dziadków mojego kumpla, którzy osiedli w wiosce gdzieś w okolicach Płocka (Łąkie się toto nazywało). Mieli krowę, kury, pasiekę i owce. Było to w stanie wojennym, wszelki nielegalny ubój był zakazany, ale kto się tam doliczy owiec w stadzie! (Zresztą nie jestem pewien, czy w ogóle owce były w tych przepisach uwzględnione - kojarzę, że świnie i krowy tak, ale drób już nie. A może tylko te przywiezione były liczone, a przychówek już nie?…)
Przywiezione, bo owiec był cały TIR. Po prostu, jak w gminie podpisali papiery, to zaraz następnego dnia przyjechał TIR z naczepą, wysadził owce i odjechał - tak, to było w Polsce, w 1981 roku! - i nawet żadnej zagrody dla nich jeszcze nie mieli; musieli na szybko ogrodzenie szopę budować). I oczywiście, jak to owce w towarzystwie paru baranów, mnożyły się we własnym zakresie.
Między innymi był sobie młody baranek imieniem Cezar. Strasznie ciekawski, potrafił jeszcze po jagnięcemu wsadzać człowiekowi łeb pod pachę i się przymilać, ale już zaczynał dorastać i pokazywać rogi. Coś tam było z rozwaleniem ula, czy może wepchnał dziadka kumpla na ul - nie pamiętam.
W każdym razie przez te wybryki któregoś dnia Cezar poszedł do gara. Normalnie, jak to na wsi - kumpla babcia go złapała, poderżnęła gardło, spuściła krew do jakiejś miski, wypatroszyła, pocięła na kawałki (trochę pomagaliśmy) i już było po Cezarze.
Z tego co pamiętam, to też smaczny był…