Dziupla

przytulna i ciepła
  • rss
  • Główna
  • O mnie?

A za oknem

30 kwietnia 2008 | 19:43

… pierwsza wiosenna burza. ;-) Szkoda, że jestem taki zdechły - mógłby być fajny spacer. Ale i tak mogę się rozkoszować błyskawicami, grzmotmi, kapiącą za oknem wodą, szelestem liści i samochodów rozbryzgujących kałuże.

Pierwszy od dawna w pełni przepracowany tydzień roboczy za mną. Znaczy, pełne 40 godzin intensywnej pracy, a nie snucia się z kąta w kąt, jak to miałem w poprzedniej robocie przez ostatnie miesiące. Tu przynajmniej jest co robić i mam poczucie, że jest to komuś do czegoś potrzebne. Jaki postęp w porównaniu z byłofirmowym działem marketingu, wiecznie marudzącym i nie wiedzącym, czego tak naprawdę chce (poza świetym spokojem oczywiście, a ponadto możliwością zrzucenia całej roboty na kogoś innego i obiecania swojego czynnego udziału najlepiej gdzieś pod koniec tysiąclecia!)…

A na zdjęciu poniżej - calzone z żółwia w skorupie w Pastacafe - czy Cafepasta, nigdy nie pamiętam - na Kamionkowskiej (w Warszawie, rzecz jasna).
Calzone z żółwia

A przynajmniej takie miałem wrażenie, jak mi je podano. Tak naprawdę to jeden wielki powietrzny bąbel, a w środku (bardzo smaczne, owszem) kapary, pieczarki i szynka. Niemniej, objętościowo 85% to było powietrze…

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

W pracy, jak to w pracy… :-)

27 kwietnia 2008 | 10:39

Poszedłem w czwartek na dziewiatą. Wyszedłem z domu kilka minut po ósmej, metro, tramwaj - i pierwszy zonk, bo strasznie się wlecze; na skrzyżowaniu z Woronicza czekaliśmy ze trzy minuty, bo najpierw coś skręcało w prawo do zajezdni, potem dziesiątka w lewo do pętli, i wszystko zajęło kilka zmian świateł. No ale ufff, dotarłem przed czasem: nie byłoby zbyt politycznie spóźnić się pierwszego dnia… ;-P

Oczywiście musiałem poczekać, ale to norma: jeszcze nie słyszałem o firmie, która zatrudniając pracownika z dnia na dzień, będzie dla niego miała gotowe stanowisko pracy. ;-P Przez pierwsze dwie godziny głównie siedziałem, zagadując chłopaków z pokoju. W ogóle, atmosfera pracy na luzie - można sobie pogadać, można poprosić każdego o pomoc czy konsultację, można sobie łazić po Sieci w razie potrzeby, a nawet bez potrzeby (nie sądzę, by specowi od Javy była nagle do czegoś potrzebna strona Worlds of Warcraft) i nawet nie trzeba się z tym kryć. :-) Ogólnie, pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. Chłopaki z jajem.

Koło pierwszej udało się wszystko dopiąć, dostałem komputer, konta na firmowych serwerach i kod aplikacji, którą mam się zająć, do wglądu. Oraz obietnicę Sławka (czyli mojego tak jakby szefa - struktura wewnętrzna firmy jest mi jeszcze zupełnie nieznana), że koło czwartej-piątej pogadamy, a do tego czasu mam przygotować swoją propozycję refaktoryzacji.

Pierwszy rzut oka - lekkie załamanie. W ogłoszeniu była mowa o znajomości Perla i modułów CGI::Application oraz Class::DBI. Modułów jeszcze nie znam (o czym zresztą lojalnie uprzedziłem - siedzę z nosem w dokumentacji do nich od zeszłego piątku), ale kod wygladał na pierwszy rzut oka zupełnie obco. Ha, nie ma lekko, trzeba popracować: wziąłem notatnik, jakies pisadło i po półtorej godziny już wiedziałem, co z czym i do czego. A po kolejnej godzinie miałem już nawet konkretne idee, co z tym dalej zrobić. (Okazuje się, że stosowanie tych dwóch modułów zupełnie zmienia całą strukturę kodu - trzeba się będzie tego nauczyć).

O godzinie czwartej z groszami udało mi się w końcu przedstawić propozycje. Stanęło na tym, że w piątek dostanę środowisko deweloperskie i będę mógł działać.

Wyszedłem parę minut po piątej. Przystanek, tramwaj, przystanek, paręset metrów za przystankiem stop. Czekamy. Coś stoi przed nami. Po kilku minutach motorniczy wypuścił ludzi - przed nami rozkraczyła się czternastka. Tuż przed zajezdnią, ale w rezultacie konieczny spacerek do skrzyżowania z Woronicza (żeby móc się w coś przesiąść). No nic, udało się. Do domu dotarłem dobrze po szóstej. Łączny czas przejazdu w obie strony - dwie godziny. Bez metra byłyby trzy…

Następny dzień: nauczony doświadczeniem wyszedłem wcześniej (przy okazji biorąc sobie kubek i łyżeczkę). Spokojnie zrobiłem sobie herbatę, usiadłem, zagrzebałem się w kodzie.

Na dzień dobry - mail z listą nowych funkcji do wdrożenia. (Nic bardzo trudnego, da się zrobić w dwa tygodnie, jak sądzę). No więc zacząłem robić rozpiskę, co i jak. Przy okazji pojawił się Rafał, autor tego maila, pogadaliśmy chwilę - ale bez konsultacji ze Sławkiem wolałem niczego nie obiecywać. Chłopaki pojawili się jeden po dziewiatej, drugi koło dziesiątej, a dwóch wcale - też w sumie luz; można się spóźniać i odpracowywać, nie ma problemu. (A nawet wygląda na to, że jak ktoś studiuje, może przychodzić tak, jak mu pozwala plan zajęć, byle swoje zrobił). Ale środowiska deweloperskiego dalej niet. Koło pierwszej poszedłem sobie na obiad. Po powrocie podsumowałem wszystko co wymyśliłem i wysłałem Sławkowi mailem. Potem dalej nic (znaczy, ja sobie dalej czytałem dokumentację). Po drugiej wizycie Rafała, odpowiedzialnego za kontakt z klientami tej aplikacji, Sławek został specjalnie wyciągnięty z jakiegoś ważnego spotkania, przypilnował, kogo trzeba i po chwili miałem środowisko deweloperskie skonfigurowane. ;-) I w końcu znalazł chwilę na rozmowę tuż przed piątą.

Czego się dowiedziałem: Sławek dotąd był w firmie programistą i administratorem, a że po awansie nie bardzo ma na to czas, musi teraz na szybko przyuczać parę osób do obowiązków administracyjnych (stąd opóźnienia i dziwne pady poczty - znam ten ból). Ale od słowa do słowa wyszło, że obaj jesteśmy zadowoleni: ja, jak wyżej, a on, bo mi szybko idzie. No ba, jak się w końcu dorwę do środowiska deweloperskiego, to będzie jeszcze szybciej, na razie głównie czekam… ;-P

Powrót z pracy - tym razem inną trasą. Oby szlag trafił decydentów (i ew. projektantów) odpowiedzialnych za warszawską komunikację - cztery przystanki autobusowe to ponad dwadzieścia minut jazdy! Znowu godzina z kawałkiem w plecy.

Ale jest nadzieja: ponoć od paru miesięcy firma ma się przenieść na Wolę. Będę miał do pracy albo dwadzieścia minut autobusem spod domu, albo rowerem. ;-)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

O związku niemożliwym - HP OfficeJet 5610 z JetDirect 175

| 9:50

Wczoraj spróbowałem udostępnić nasze AIO w sieci domowej (specjalnie w tym celu kupiłem na Allegro JetDirecta - owszem, przeleżał parę dni z braku czasu).

Pierwsze podejście: to są urządzenia dla biurowych idiotów, więc po co mi instrukcja? Powinien się sam skonfigurować i działać… Podłaczyłem do drukarki, do sieci, do prądu. Zaczęła mrugać lampka. Po chwili zaświeciła światłem ciągłym, zaczęła mrugać druga, też zaświeciła światłem ciągłym - wszystko gra. Nacisnąłem prztyczek z przodu obudowy - nic się nie dzieje.

Podejście drugie: no dobra, spójrzmy do dokumentacji. Aha - tak jak przypuszczałem, prztyczek służy do drukowania strony z konfiguracją. I nie działa. Hm. No nic, może coś będzie w syslogu… Owszem, jest: coś o martian source. Poguglałem: aha, adres IP z nieokreślonym routingiem. Konkretniej, JetDirect konfiguruje się albo do pracy z DHCP, albo ma defaultowy adres 192.0.0.192, albo 169.254.x.x - w tym wypadku miał 192.0.0.192. No jasne, to nie pójdzie. Reset (dwukrotny) nie pomógł. No to trzeba się dopukać przez DHCP…

Podejście trzecie: skonfigurowałem DHCP. Zresetowałem JetDirecta. Odpaliłem telnet 192.0.0.192 - sukces. Przez http też. Ustawiłem nazwę i parę drobiazgów. Strona konfiguracji dalej nie działa.

Podejście czwarte: duuużo guglania. Namierzyłem w końcu forum pomocy HP. Tam z kolei trochę poszukałem - i smutna niespodzianka. Otóż z urządzeń AIO poprawnie przez JetDirecta współpracuje tylko seria PSC 700, natomiast pozostałe nie chcą. Znaczy, owszem, dokumentacja mówi o seriach D, F, 7100 i jeszcze paru jako o współpracujacych, ale one na AIO nawet nie wyglądają - na oko zwykłe drukarki.

Podsumowanie:

Plusy: mamy w sieci lokalnej DHCP. Nic specjalnego, nie jest jakoś rewelacyjnie do niczego przydatne - co najwyżej można udostępnić sieć, jak ktoś przyjdzie z laptopem. ;-P Mamy ponadto przetestowany, działający JetDirect 175, do którego będzie można coś podłączyć w przyszłości.

Minusy: drukarka nadal jest lokalna.

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

[piiiiiiiiiiip]!!!

| 9:48

Jeśli spodziewasz się znaleźć w tym wpisie dużo różnych inwektyw, rozczarujesz się. :-)

Kupiliśmy sobie faks. Konkretniej, kupiliśmy sobie faks, skaner, kopiarkę i drukarkę, czyli Hewlett-Packardowskie All-In-One. Konkretniej OfficeJet 5610.

Dlaczego faks? Powodów było kilka. Pierwszy - czasem trzeba przefaksować jakiś kwit (np. potwierdzenie wpłaty za prąd ;-) ); drugi - w mieszkaniu jest linia telefoniczna, z ktorej nie korzystamy, bo mamy komórki. Trzeci - bo w czasach, kiedy jeszcze był do niej podłączony telefon, regularnie w sobotę i niedzielę rano (ósma, dziewiąta - godziny, których w weekend nie powinno być na żadnym szanującym się zegarku) dzwonili telemarketerzy z propozycją zakupu pościeli albo wycieczki do Lichenia. A nic tak nie wkurza, jak telefon nie w porę.

Normalny telemarketer siedzi sobie w boksie, słuchawki z mikrofonem na uszach, i nadaje. No, cóż… wyobraźmy sobie teraz, że dzwoni na TEN numer. Pierwszy sygnał… drugi sygnał… (note to self: dodać jeszcze ze trzy sygnały, bo to normalne, że faks się włącza od razu albo po drugim/czwartym dzwonku) i znienacka: PIIIIIIIIP!!!

Comments
2 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Od jutra na dziewiątą

23 kwietnia 2008 | 23:01

W piątek znalazłem bardzo interesującą ofertę pracy. W niedzielę wysłałem papiery. Wczoraj dostałem zaproszenie na rozmowę. Rozmowa trwała 10 minut: kilkuminutowe przedstawienie firmy i dwa pytania - jakie wynagrodzenie mnie zadowoli i kiedy mogę zacząć.

Cóż, od pierwszej chwili miałem wrażenie, że to jest to. :-)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Alleluja!

| 22:44

Słodowiec działa. :-) Przejeżdżając rano autobusem obok budowy, specjalnie się przyglądałem, czy przypadkiem nie otworzyli - ale stały wciąż płotki dookoła, więc uznałem, że nie - po czym usłyszałem rozmowę współpasażerów, że jednak otworzyli. Spojrzałem jeszcze raz - faktycznie, ludzie wychodzili z metra… Ale autobus już ruszył dalej, więc wysiadłem przy Marymoncie, przejechałem ten jeden przystanek do Słodowca metrem i zrobiłem parę zdjęć:

Pociąg z Kabat i kawałek tunelu w stronę Huty
Pociąg z Kabat i kawałek tunelu w stronę Huty

Pociąg w stronę Kabat, u góry nowy wyświetlacz
Pociąg w stronę Kabat, u góry nowy wyświetlacz

Północne wyjście ze Słodowca (w stronę Huty)
Północne wyjście ze Słodowca (to od strony Huty)

Wystrój stacji - jak widać: szaro-biało-czarna pikseloza na ścianach. Nie wiem czemu, ale podoba mi się najbardziej ze wszystkich stacji. I jeszcze jeden szczegół: podobnie jak Centrum, Słodowiec ma dwa perony. Już dziś zawracałem staruszkę, która chciała koniecznie iść wsiadać na tym dla wysiadających… ;-)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Młode wilki 33 1/3

18 kwietnia 2008 | 1:12

Przez dwa miesiące obserwował polską blogosferę, aby “ocenić najpoczytniejsze polskie blogi, ich layouty, funkcjonalności oraz samych autorów”. Następnie przedstawił obszerny raport na jej temat: “Ocena polskiej blogosfery”. Okazało się, że polska blogosfera składa się z kilkunastu blogów poświęconych tematyce IT (mniej lub bardziej). Można w niej wydzielić trzy typy blogów:

  • “Techcrunch-wannabes”, czyli “najbardziej irytujące” blogi: Antyweb, Webstop, Yashke i netto, których autor raportu surowo upomina, aby nie powtarzali się (jak rozumiem, miedzy sobą - bo korzystają z tych samych źródeł, a powinni się podzielić, albo chociaż dyżury redakcyjne wyznaczyć…) i pyta, czy mają swoją dumę (niestety, jak dotąd żaden nie miał odwagi udzielić odpowiedzi na pytanie)…;
  • “Osoby opisujące swoje życie w duchu IT”, czyli Riddle, Tomasz Topa, Piotr Konieczny, Patrycja Kierzkowska, Piotr Zawadzki, Paweł Wimmer oraz “Marketing w Internecie” - których chwali, bo ich treści są ich własnością, a ich kultura osobista wpływa na czytelników;
  • Mniejsze blogi, zupełnie niekonkretne, jak Polski Blogger, Topblogger i Zielony Blogger.

Okazuje się, że cała reszta polskich blogów nie jest warta wzmianki. Nie istnieją tak chętnie przez niektórych oglądane Kartonki czy Porysunki, czy wzbudzający tyle dyskusji blog WO. Nie ma w ogóle żadnych platform w rodzaju Salonu 24, Syndykatu czy blogów Polityki, nie istnieje też żaden z blogów polecanych przez Onet pod hasłem “Znani blogują”. No dobrze, ja wiem, że większość tego, co powyższe platformy serwują, nadaje się do druku wyłącznie na papierze toaletowym, no ale przecież podanym przez autora raportu kryterium miała być poczytność bloga! Może więc layout był nie taki, brak im funkcjonalności? Może osoby autorów nieodpowiednie?…

Chyba jednak najbardziej chodziło o funkcjonalność - autor prezentuje na swoim blogu portfolio wykonanych prac, widać, że zajmuje się webmasterstwem, ponadto w podsumowaniu nawołuje:

nie kopiujmy treści, o IT piszmy w perspektywie naszego życia, wczujmy się w użytkownika i sprawdźmy, czy nawigacja bloga jest przyjazna, zaś layout nie odstrasza.

Hm. Funkcjonalność funkcjonalnością, ale na stronie autora brakuje podglądu komentarza, mimo że jest to w szablonach Joggera możliwe. Może więc skórka nie taka? No ale przecież skórkę projektował ponoć sam autor:“Design by Chris T.”

No ale wprawdzie “based on the work of Patricia Müller”, może tu gdzieś jest pies pogrzebany? Jest, niestety.

Zajrzałem na stronę Patricii Müller - i tu zaskoczenie. Strona Patricii stoi na Wordpressie, a wykorzystuje ten sam motyw graficzny! Różni się tylko motywem nagłówka (i tak dowolnie zmienianym przez użytkowników), który u Chrisa T. przechodzi w ramkę wokół bloku tekstu, kolorem linków i czcionką tytułów. Rzut oka głębiej pokazał, że szablon Patricii, “Connections”, powstał w 2005 roku i zdobył pierwszą nagrodę w konkursie WordPress Theme Competition. Krótko mówiąc, jest to raczej “Design by Patricia Müller, slightly modified by Chris T.”

Tak się składa, że Patricia utrzymuje specjalną stronę, na której wpisują się autorzy portów jej szablonu na inne platformy blogowe. Wśród setki wpisów brakowało jednak informacji o porcie na Joggera - czyżby autor raportu zmienił szablon na tyle, że nie warto o tym wspominać? No nie bardzo; przejrzałem losowo kilka wpisów i okazało się, że zmiany dokonane przez ich autorów bywają o wiele dalej idące, niż zmiany wprowadzone przez Chrisa T. - ale pomimo to każdy przypisuje autorstwo Patricii… Może Chris T. uważa, że zna język zbyt słabo, albo wstydzi się wykonanej pracy? W takim razie dorzuciłem odpowiednią informację za niego.

Wracając jednak do “oceny”, teraz już na poważnie: istnienie tego “raportu” zasygnalizował Paweł Wimmer u siebie na blogu. Czytając tę “ocenę” odniosłem wrażenie, że autor postanowił udowodnić tezę, iż polskie blogi techniczne nie niosą oryginalnych treści, a jedynie są kalką newsów z Techcruncha, co najwyżej podlanych odrobiną własnego komentarza i potem serwowanych z rączki do rączki, w ramach specyficznej formy lansu.
Jednak badana próbka była nieliczna i na oko tendencyjnie dobrana, metody oceny niejasne, a wywód sprawił na mnie wrażenie dowodu przez założenie tezy. Autor zastrzegł, że to jego subiektywna ocena, jednak całość nie zasłużyła na tak szumny tytuł.

Próbowałem o tym podyskutować, pytając w komentarzach o sposób doboru próbki i kryteria oceny, w odpowiedzi dowiedziałem się, że autor próbował ocenić te blogi, które w jego mniemaniu “nakręcają (w większym lub mniejszym stopniu) polską blogosferę”. No niestety, z tym zdaniem się nie zgodzę - przykłady blogów o wiele bardziej “nakręcających” blogosferę podałem wyżej. Choćby bełkot niektórych politycznych oszołomów jest częściej czytany i wywołuje większy odzew…

Chris T. od kilku tygodni pojawia się tu i ówdzie w komentarzach, starając się pokazać, że ma na dany temat swoje zdanie. Czytając jego komentarze mam jednak wrażenie, że robi dokładnie to, co zarzuca autorom blogów, które “analizował” w raporcie: usiłuje się po prostu lansować, wytykając błędy i dając dobre rady. W takim razie zostawiłem mu komentarz odnośnie kwestii autorstwa szablonu jego bloga. Cóż, fakt, że mój komentarz został usunięty w ciagu godziny, tylko potwierdza moje przypuszczenia… ;-)

Comments
13 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

O tempora, o mores…

17 kwietnia 2008 | 19:35

Jestem zwierzę raczej gadatliwe - przynajmniej jeśli chodzi o komentarze do cudzych blogów (sporo osób odczuwa to na własnej skórze regularnie :-) ).

Godzinkę temu próbowałem dodać swoje trzy grosze do dyskusji sprzed 2 miesięcy na “W3C Systems Team Blog”. Jako że język angielski znam głównie z inskrypcji [1], to wolę po parę razy sprawdzić, co właściwie napisałem (szczególnie jeśli pole do wpisania tekstu jest niewielkie). Dlatego po napisaniu paru akapitów tekstu skorzystałem z ichniego podglądu komentarza. Następnie przeredagowałem treść, dodając kolejne parę akapitów i znów spróbowałem podejrzeć, co mi wyszło. I gucio - system po prostu ponownie pokazał pierwszą wersję komentarza, sprzed zmian, a co gorsza, przywrócił jej treść w polu tekstowym. Ani powrót do poprzedniej strony, ani przeładowanie, nie pomogły. Komentarz diabli wzięli. Mnie zresztą też.

Dlatego napisałem krótką notkę z informacją o tym, że podgląd działa błednie. Spróbowałem ją wysłać… i znowu pojawił mi się ten pierwszy komentarz w wersji sprzed zmian. Ręce mi opadły. Natomiast, co ciekawsze, druga próba wysłania informacji o błędnie działającym podglądzie zaowocowała wyświetleniem informacji, że komentarz o tej treści już został wysłany. Ale na stronie wpisu nic mojego nie widać… Być może wpisy są moderowane - ale żadnej informacji na ten temat nie zauważyłem.

Niemniej, niezależnie od (chwilowej, mam nadzieję) niemożności dania głosu w dyskusji, sam jej temat jeży włos na głowie - i stąd tytuł tego wpisu.

Rzecz w tym, że W3C to organizacja ustanawiająca standardy działania Sieci. Część tych standardów (konkretniej te związane z językami HTML, XHTML i innymi opartymi na XML) jest opisana nie tylko w formie czytelnej dla człowieka Rekomendacji W3C, ale ponadto zawiera tzw. definicję typu dokumentu (DTD), czyli zbiór reguł pozwalających ustalić, czy jakiś kod w danym języku jest prawidłowy. To właśnie DTD umożliwia specjalnym programom (parserom i walidatorom) walidację tego kodu, czyli sprawdzanie, czy jest napisany zgodnie z regułami zawartymi w DTD. Odwołanie do odpowiedniego DTD można znaleźć choćby w nagłówkach wielu stron internetowych.

Wpis na blogu W3C System Team dotyczył właśnie faktu, że serwer W3C, na którym znajdują sie właśnie te wszystkie DTD, jest bardzo mocno obciążony przez różnego rodzaju systemy walidujące kod w językach HTML/XHTML i innych, próbujące co chwila pobrać kopię DTD. Przy czym wyglada to tak, jakby wszystkie te systemy pobierały nową kopię dla każdego przetwarzanego dokumentu, zamiast skorzystać z pobranej wcześniej: chodzi przecież o definicje ustalające pewien standard, które siłą rzeczy nie mogą ulec zmianie i dlatego jednokrotne pobranie pliku definicji powinno każdemu systemowi wystarczyć.

Co w tej sytuacji zrobili webmasterzy W3C? Otóż ustawili dla tych DTD kod odpowiedzi na 503, co oznacza “serwis niedostępny”. I we wpisie na blogu dawali wyraz zdziwieniu, że pomimo otrzymania odpowiedzi 503, systemy walidujące ponawiały próby uzyskania DTD przez wiele dni.

Kłopot w tym, że według RFC 2616 (czyli dokumentu opisującego działanie protokołu HTTP, służącego do przesyłania zawartości w Internecie), kod 503 oznacza, że serwer CHWILOWO nie jest w stanie odpowiedzieć. I że po pewnym czasie będzie w stanie. Kto jak kto, ale webmaster organizacji ustanawiającej standardy powinien mieć świadomość istnienia standardów (nawet jeśli są ustalone przez inną instytucję) i umieć się do nich zastosować…

————
[1] - To określenie zapożyczyłem z opowiadania “Kwiecień w Paryżu” Ursuli Le Guin. Występuje tam archeolożka z przyszłości (trzy tysiące lat w przód od teraz), która źle mówi po francusku, bo w jej czasach jest to język znany wyłącznie z inskrypcji. To określenie bardzo mi sie podoba, bo bardzo trafnie oddaje moją znajomość angielskiego [2].

[2] - Uczyłem się angielskiego na normalnym kursie przez dwa lata. Dwadzieścia kilka lat temu. Od tego czasu mój kontakt z tym językiem jest głównie pisemny, tj. ciągle coś po angielsku czytam. Owszem, po dwudziestu paru latach czytam płynnie (nawet beletrystykę), ale większość słów poznałem wyłącznie kontekstowo i tylko w jedna stronę, tj. z angielskiego na polski. W drugą stronę muszę się przez dłuższą chwilę zastanawiać. W rezultacie umiem po angielsku pisać (choć pewnie z błędami gramatycznymi, głównie w zakresie składni), ale mówię bardzo powoli i nie potrafię prawidłowo wymówić większości słów, których używam. Ba, nawet ich nigdy nie słyszałem…

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Tybet a sprawa chińska

02 kwietnia 2008 | 11:21

Wszyscy dookoła piszą o powstaniu w Tybecie. Pojawiły się nawet różne dodatki blogowe dla wyrażenia poparcia dla Tybetańczyków. Początkowo nie chciałem się wypowiadać w tej kwestii. Ale przy okazji notki u Claygirl zacząłem się zastanawiać, czy bojkot olimpiady, chińskich produktów czy Chin w ogóle jest obecnie sensowny i możliwy. Wyszło mi, że nie.

Po pierwsze, każde państwo jest w miarę samowystarczalnym organizmem gospodarczym. Podejmowane w XX w. (z przyczyn politycznych, na ogół) blokady gospodarcze takich czy innych krajów wykazały, że powoduje to co najwyżej niewygodę mieszkańców, ale gospodarka jest w stanie funkcjonować. Co najwyżej rozwija się gałęzie gospodarki nie wymagające importu, przeznaczając na nie środki zaoszczędzone po likwidacji firm działających na eksport. Taka np. Kuba jest w stanie ekonomicznej blokady od ponad pół wieku - i co? Owszem, żyje się tam niewygodnie, ale się jakoś żyje.

Po drugie, kwestia wpływów politycznych z zewnątrz to iluzja. Lokalni politycy mają większy wpływ na mieszkańców swojego kraju, niż społeczność międzynarodowa, więc łatwo im przekonać społeczeństwo, że oni są dobrzy, a za granicą czają się wrogowie. Szczególnie, jeśli mają sprawnie działającą policję polityczną oraz jeśli kontrolują (cenzurują) środki masowego przekazu. W przypadku Chin mamy do czynienia z jednym i drugim - działa zarówno policja polityczna, jak i cenzura (również Internetu).

Po trzecie, w przypadku Tybetu mamy do czynienia z silną dysproporcją - Tybetańczyków jest po prostu kilkaset razy mniej, niż Chińczyków. Co więcej, dla Chińczyków rozwiązania siłowe nie są żadnym problemem, bo nie przejmują się prawami człowieka (bo to dla nich obcy kulturowo wymysł białych ludzi) ani śmiercią ewentulnych własnych żołnierzy (i tak mają ich dużo, a zresztą można ją wykorzystać propagandowo). Sami Tybetańczycy też zresztą nie są specjalnie wojennie nastawieni. W dodatku nie mogą liczyć na pomoc z zewnątrz, bo przez Himalaje praktycznie nie da się przerzucić wsparcia bez rozwiniętej techniki, a ta kosztuje.

Po czwarte, Chiny mają bardzo dobre stosunki polityczne z małymi krajami: przez ostatnie sześćdziesiąt lat, odkąd dopuszczono ich do głosu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, zabiegali o poparcie polityczne małych krajów (które zgodnie z głupimi demokratycznymi zasadami Zachodu mają w różnych głosowaniach taką samą siłę głosu, jak silne kraje Zachodu, ale o wiele łatwiej je przekupić). W rezultacie Chińczycy się chwalą, że od początku powstania w Tybecie z około stu krajów dostali noty dyplomatyczne z poparciem. W rezultacie przegłosowanie w ONZ oraz w innych “demokratycznie” sterowanych instytucjach międzynarodowych (tu liczy się równeiż MKOl, jakby ktoś nie wiedział) czegokolwiek przeciw Chinom jest niemożliwością.

Po piąte, to prawda, że Chiny obecnie są dla świata fabryką, ale jednocześnie Chiny są dla świata czymś wiecej, niż fabryką. Mają niskie społeczne i ekonomiczne koszty pracy, ale od około dwudziestu lat, odkąd zaczęły wpuszczać zachodnie inwestycje na swój teren, mają również zaplecze i wiedzę techniczną (których odebrać czy wywieźć nie sposób) - i dzięki temu po dwudziestu latach ciągłego wzrostu mają bardzo silną własną gospodarkę, a w dodatku same są ogromnym rynkiem zbytu.

W tej sytuacji ewentualny bojkot czy blokada gospodarcza Chin jest dla gospodarki światowej nie do pomyślenia. Można było myśleć o blokowaniu Kuby, której jedynym towarem eksportowym był cukier (a cukier można kupić wszędzie), czy krajów arabskich, które w handlu zagranicznym mają niewielki udział. W przypadku Chin ewentualna blokada byłaby zbyt kosztowna dla praktycznie wszystkich wielkich koncernów - trzeba by było znaleźć nowe miejsca pod budowę fabryk, zakupić nowe linie produkcyjne itp. - a w warunkach silnej konkurencji byłby to dla każdej firmy ogromny cios.

A w dodatku, ze względu na dobrze roziwnięte polityczne kontakty z małymi kajami, blokada byłaby fikcją - Chiny miałyby i gdzie sprzedawać, i skąd kupować ewentualne potrzebne surowce (zresztą w praktyce bardzo niewiele muszą kupować). W rezultacie Chiny przetrwałyby bojkot czy blokadę bez większego problemu, co najwyżej zaciskając pasa, a dla krajów Zachodu byłaby ona katastrofą.

Po szóste, Chiny doskonale sobie z tego wszystkiego zdają sprawę. Owszem, nam sie wydaje, że oni po prostu nie zdaja sobie sprawy, że intelektualiści na całym świecie potrząsają paluszkami i mówią “brzydkie Chiny, a fe!” - i że jak się dowiedzą, to się ze wstydem wycofają. A gówno prawda. Chiny mają to wliczone w koszta. Prawa człowieka to dla nich zachodni wymysł, a Tybet to obszar kluczowy do kontrolowania południowej granicy i odparcia ewentualnego ataku ze strony Indii czy Pakistanu. Trudno się tam poruszać, a jeszcze trudniej ten obszar podbić militarnie (brak tlenu, brak żywności, brak dróg). Z drugiej strony, można tam magazynować zapasy i posiłki. Więc kto ma Tybet, dyktuje warunki w połowie Azji. Dlatego nie ustąpią.

Około dwudziestu lat temu, podczas debat o przyszłości Chin jako kraju komunistycznego Deng Xiao-Ping powiedział: “nieważne, czy kot jest biały, czy czarny, ważne, żeby łowił myszy”. Zachód zrozumiał to jako otwarcie Chin na świat - wydawało się, że Xiao-Ping mówi o ustroju Chin. A teraz widać, że chodziło o coś innego: że jeśli inwestycje kapitalistyczne pomagają rozwinąć Chiny, to można przymknąć na to oko, zamiast odtrącać kapitalistów ze wzgardą. I Chińczycy przymknęli. Rozluźnili trochę politykę gospodarczą (ale tylko gospodarczą) - i otrzymali piękny wzrost gospodarczy. Chiny są obecnie potęgą gospodarczą, od której zależy światowa ekonomia.

Można jedynie mieć nadzieję, że w końcu będą się musieli otworzyć również społecznie. Bo z faktu, że są jednym z najwiekszych światowych rynków zbytu wynika, że wkrótce młode pokolenie zapragnie konsumpcji - i zacznie się sprzeciwiać jej ograniczaniu. Łatwo było rządzić krajem chłopów i niewykwalifikowanych roboli, natomiast w kraju wykwalifikowanych specjalistów, studentów i inteligentów zaczną się w ciągu najbliższych dwudziestu lat wewnętrzne tarcia, bo ludzie będą chcieli po prostu w spokoju wydawać zarobione pieniądze. Część z nich będzie chciała kupić za nie władzę, tworząc własne firmy. Obecnie ci żądni władzy idą po prostu do partii, ale w chwili, kiedy bogactwo przestanie być czymś nieakceptowalnym politycznie, to się zmieni. Dlatego w ciagu półwiecza Chiny jednak się zdemokratyzują. W końcu, bogactwo w Chinach ma tradycję o wiele starszą od komunizmu…

Jednak przez ten czas Chiny nadal będą kolonizować Tybet miltarnie, kulturowo i gospodarczo. Za te pół wieku Tybetańczycy będą mieli podobny status, jak Indianie w USA. Będą prawdopodobnie mieli swobodę wyznania i poglądów, może nawet szybciej - może już za jakieś dwadzieścia lat. Gdyby nie względy militarno-polityczne, można by to zrobić już dziś - ale Chiny nie ustąpią, dopóki nie skolonizują Tybetu na tyle, żeby mieć możliwość kontroli Himalajów - swobodnego ruchu wojsk bez potrzeby wykorzystywania tybetańskich dróg, wiosek czy klasztorów.

Do tego czasu będą pokazywać, że rządzą Tybetem - tak naprawdę, cały obecny ruch w Tybecie służy wyłacznie Chińczykom, a konkretniej pokazaniu światu, a szczególnie Indiom, że Chiny są silne i nikt im nie będzie dyktować warunków.

Comments
4 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Najświeższe wpisy

  • Zza ekranu
  • W co się bawić?
  • AI
  • Migawka tramwajowa
  • Śmierć w Internecie
  • Migawki z wczorajszego słonecznego popołudnia
  • “Ludzki obyczaj ciekawy jest nadzwyczaj”
  • Życie poza korpo - czy istnieje? (uwaga, tldr!)
  • Życie w korpo
  • Szybki włam
  • Dzień wybuchających liści
  • Świąteczna uczta bogów na cztery ręce
  • Drobiazgi
  • Stulecie detektywów
  • Spieszmy się czytać blogi0), czyli o prywatności w sieci

Archiwa

  • luty 2010 (1)
  • listopad 2009 (1)
  • październik 2009 (2)
  • wrzesień 2009 (3)
  • sierpień 2009 (3)
  • kwiecień 2009 (2)
  • marzec 2009 (2)
  • luty 2009 (5)
  • styczeń 2009 (3)
  • listopad 2008 (1)
  • wrzesień 2008 (1)
  • lipiec 2008 (1)
  • czerwiec 2008 (8)
  • maj 2008 (3)
  • kwiecień 2008 (9)
  • marzec 2008 (7)
  • luty 2008 (4)

Zajrzeli na chwilę

kasiak74

rss Komentarze rss valid xhtml 1.1 design by jide powered by Wordpress reCAPTCHA Wordpress linkujmy! Wordpress get firefox