Tybet a sprawa chińska
02 kwietnia 2008 | 11:21Wszyscy dookoła piszą o powstaniu w Tybecie. Pojawiły się nawet różne dodatki blogowe dla wyrażenia poparcia dla Tybetańczyków. Początkowo nie chciałem się wypowiadać w tej kwestii. Ale przy okazji notki u Claygirl zacząłem się zastanawiać, czy bojkot olimpiady, chińskich produktów czy Chin w ogóle jest obecnie sensowny i możliwy. Wyszło mi, że nie.
Po pierwsze, każde państwo jest w miarę samowystarczalnym organizmem gospodarczym. Podejmowane w XX w. (z przyczyn politycznych, na ogół) blokady gospodarcze takich czy innych krajów wykazały, że powoduje to co najwyżej niewygodę mieszkańców, ale gospodarka jest w stanie funkcjonować. Co najwyżej rozwija się gałęzie gospodarki nie wymagające importu, przeznaczając na nie środki zaoszczędzone po likwidacji firm działających na eksport. Taka np. Kuba jest w stanie ekonomicznej blokady od ponad pół wieku - i co? Owszem, żyje się tam niewygodnie, ale się jakoś żyje.
Po drugie, kwestia wpływów politycznych z zewnątrz to iluzja. Lokalni politycy mają większy wpływ na mieszkańców swojego kraju, niż społeczność międzynarodowa, więc łatwo im przekonać społeczeństwo, że oni są dobrzy, a za granicą czają się wrogowie. Szczególnie, jeśli mają sprawnie działającą policję polityczną oraz jeśli kontrolują (cenzurują) środki masowego przekazu. W przypadku Chin mamy do czynienia z jednym i drugim - działa zarówno policja polityczna, jak i cenzura (również Internetu).
Po trzecie, w przypadku Tybetu mamy do czynienia z silną dysproporcją - Tybetańczyków jest po prostu kilkaset razy mniej, niż Chińczyków. Co więcej, dla Chińczyków rozwiązania siłowe nie są żadnym problemem, bo nie przejmują się prawami człowieka (bo to dla nich obcy kulturowo wymysł białych ludzi) ani śmiercią ewentulnych własnych żołnierzy (i tak mają ich dużo, a zresztą można ją wykorzystać propagandowo). Sami Tybetańczycy też zresztą nie są specjalnie wojennie nastawieni. W dodatku nie mogą liczyć na pomoc z zewnątrz, bo przez Himalaje praktycznie nie da się przerzucić wsparcia bez rozwiniętej techniki, a ta kosztuje.
Po czwarte, Chiny mają bardzo dobre stosunki polityczne z małymi krajami: przez ostatnie sześćdziesiąt lat, odkąd dopuszczono ich do głosu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, zabiegali o poparcie polityczne małych krajów (które zgodnie z głupimi demokratycznymi zasadami Zachodu mają w różnych głosowaniach taką samą siłę głosu, jak silne kraje Zachodu, ale o wiele łatwiej je przekupić). W rezultacie Chińczycy się chwalą, że od początku powstania w Tybecie z około stu krajów dostali noty dyplomatyczne z poparciem. W rezultacie przegłosowanie w ONZ oraz w innych “demokratycznie” sterowanych instytucjach międzynarodowych (tu liczy się równeiż MKOl, jakby ktoś nie wiedział) czegokolwiek przeciw Chinom jest niemożliwością.
Po piąte, to prawda, że Chiny obecnie są dla świata fabryką, ale jednocześnie Chiny są dla świata czymś wiecej, niż fabryką. Mają niskie społeczne i ekonomiczne koszty pracy, ale od około dwudziestu lat, odkąd zaczęły wpuszczać zachodnie inwestycje na swój teren, mają również zaplecze i wiedzę techniczną (których odebrać czy wywieźć nie sposób) - i dzięki temu po dwudziestu latach ciągłego wzrostu mają bardzo silną własną gospodarkę, a w dodatku same są ogromnym rynkiem zbytu.
W tej sytuacji ewentualny bojkot czy blokada gospodarcza Chin jest dla gospodarki światowej nie do pomyślenia. Można było myśleć o blokowaniu Kuby, której jedynym towarem eksportowym był cukier (a cukier można kupić wszędzie), czy krajów arabskich, które w handlu zagranicznym mają niewielki udział. W przypadku Chin ewentualna blokada byłaby zbyt kosztowna dla praktycznie wszystkich wielkich koncernów - trzeba by było znaleźć nowe miejsca pod budowę fabryk, zakupić nowe linie produkcyjne itp. - a w warunkach silnej konkurencji byłby to dla każdej firmy ogromny cios.
A w dodatku, ze względu na dobrze roziwnięte polityczne kontakty z małymi kajami, blokada byłaby fikcją - Chiny miałyby i gdzie sprzedawać, i skąd kupować ewentualne potrzebne surowce (zresztą w praktyce bardzo niewiele muszą kupować). W rezultacie Chiny przetrwałyby bojkot czy blokadę bez większego problemu, co najwyżej zaciskając pasa, a dla krajów Zachodu byłaby ona katastrofą.
Po szóste, Chiny doskonale sobie z tego wszystkiego zdają sprawę. Owszem, nam sie wydaje, że oni po prostu nie zdaja sobie sprawy, że intelektualiści na całym świecie potrząsają paluszkami i mówią “brzydkie Chiny, a fe!” - i że jak się dowiedzą, to się ze wstydem wycofają. A gówno prawda. Chiny mają to wliczone w koszta. Prawa człowieka to dla nich zachodni wymysł, a Tybet to obszar kluczowy do kontrolowania południowej granicy i odparcia ewentualnego ataku ze strony Indii czy Pakistanu. Trudno się tam poruszać, a jeszcze trudniej ten obszar podbić militarnie (brak tlenu, brak żywności, brak dróg). Z drugiej strony, można tam magazynować zapasy i posiłki. Więc kto ma Tybet, dyktuje warunki w połowie Azji. Dlatego nie ustąpią.
Około dwudziestu lat temu, podczas debat o przyszłości Chin jako kraju komunistycznego Deng Xiao-Ping powiedział: “nieważne, czy kot jest biały, czy czarny, ważne, żeby łowił myszy”. Zachód zrozumiał to jako otwarcie Chin na świat - wydawało się, że Xiao-Ping mówi o ustroju Chin. A teraz widać, że chodziło o coś innego: że jeśli inwestycje kapitalistyczne pomagają rozwinąć Chiny, to można przymknąć na to oko, zamiast odtrącać kapitalistów ze wzgardą. I Chińczycy przymknęli. Rozluźnili trochę politykę gospodarczą (ale tylko gospodarczą) - i otrzymali piękny wzrost gospodarczy. Chiny są obecnie potęgą gospodarczą, od której zależy światowa ekonomia.
Można jedynie mieć nadzieję, że w końcu będą się musieli otworzyć również społecznie. Bo z faktu, że są jednym z najwiekszych światowych rynków zbytu wynika, że wkrótce młode pokolenie zapragnie konsumpcji - i zacznie się sprzeciwiać jej ograniczaniu. Łatwo było rządzić krajem chłopów i niewykwalifikowanych roboli, natomiast w kraju wykwalifikowanych specjalistów, studentów i inteligentów zaczną się w ciągu najbliższych dwudziestu lat wewnętrzne tarcia, bo ludzie będą chcieli po prostu w spokoju wydawać zarobione pieniądze. Część z nich będzie chciała kupić za nie władzę, tworząc własne firmy. Obecnie ci żądni władzy idą po prostu do partii, ale w chwili, kiedy bogactwo przestanie być czymś nieakceptowalnym politycznie, to się zmieni. Dlatego w ciagu półwiecza Chiny jednak się zdemokratyzują. W końcu, bogactwo w Chinach ma tradycję o wiele starszą od komunizmu…
Jednak przez ten czas Chiny nadal będą kolonizować Tybet miltarnie, kulturowo i gospodarczo. Za te pół wieku Tybetańczycy będą mieli podobny status, jak Indianie w USA. Będą prawdopodobnie mieli swobodę wyznania i poglądów, może nawet szybciej - może już za jakieś dwadzieścia lat. Gdyby nie względy militarno-polityczne, można by to zrobić już dziś - ale Chiny nie ustąpią, dopóki nie skolonizują Tybetu na tyle, żeby mieć możliwość kontroli Himalajów - swobodnego ruchu wojsk bez potrzeby wykorzystywania tybetańskich dróg, wiosek czy klasztorów.
Do tego czasu będą pokazywać, że rządzą Tybetem - tak naprawdę, cały obecny ruch w Tybecie służy wyłacznie Chińczykom, a konkretniej pokazaniu światu, a szczególnie Indiom, że Chiny są silne i nikt im nie będzie dyktować warunków.









W najnowszej Polityce jest świetny tekst Żakowskiego na ten temat, polecam. Mnie przekonał. :)
A możesz streścić tezy?
Żakowski nie jest dostępny online - jest natomiast artykuł o bojkotowaniu olmpiad, a ponadto trafiłem na archiwalny tekst o wpływie olimpiady na życie w Pekinie i o polityce gospodarczej Chin w ogóle.
Jeżeli trafiłeś na archiwalny tekst, to może za tydzien uda ci się przeczytać też Żakowskiego. Ewentualnie mogę zeskanować Politykę i wysłać jako .jpeg. ;) Albo idź do empiku. ;) A okienko z dwoma słowami w domu też mi nie działa. :P
Masz oczywi?cie racj?, ale nie oznacza to, ?e ?wiat mo?e udawa?, ?e nic si? w Tybecie nie dzieje:/