O tempora, o mores…
17 kwietnia 2008 | 19:35Jestem zwierzę raczej gadatliwe - przynajmniej jeśli chodzi o komentarze do cudzych blogów (sporo osób odczuwa to na własnej skórze regularnie :-) ).
Godzinkę temu próbowałem dodać swoje trzy grosze do dyskusji sprzed 2 miesięcy na “W3C Systems Team Blog”. Jako że język angielski znam głównie z inskrypcji [1], to wolę po parę razy sprawdzić, co właściwie napisałem (szczególnie jeśli pole do wpisania tekstu jest niewielkie). Dlatego po napisaniu paru akapitów tekstu skorzystałem z ichniego podglądu komentarza. Następnie przeredagowałem treść, dodając kolejne parę akapitów i znów spróbowałem podejrzeć, co mi wyszło. I gucio - system po prostu ponownie pokazał pierwszą wersję komentarza, sprzed zmian, a co gorsza, przywrócił jej treść w polu tekstowym. Ani powrót do poprzedniej strony, ani przeładowanie, nie pomogły. Komentarz diabli wzięli. Mnie zresztą też.
Dlatego napisałem krótką notkę z informacją o tym, że podgląd działa błednie. Spróbowałem ją wysłać… i znowu pojawił mi się ten pierwszy komentarz w wersji sprzed zmian. Ręce mi opadły. Natomiast, co ciekawsze, druga próba wysłania informacji o błędnie działającym podglądzie zaowocowała wyświetleniem informacji, że komentarz o tej treści już został wysłany. Ale na stronie wpisu nic mojego nie widać… Być może wpisy są moderowane - ale żadnej informacji na ten temat nie zauważyłem.
Niemniej, niezależnie od (chwilowej, mam nadzieję) niemożności dania głosu w dyskusji, sam jej temat jeży włos na głowie - i stąd tytuł tego wpisu.
Rzecz w tym, że W3C to organizacja ustanawiająca standardy działania Sieci. Część tych standardów (konkretniej te związane z językami HTML, XHTML i innymi opartymi na XML) jest opisana nie tylko w formie czytelnej dla człowieka Rekomendacji W3C, ale ponadto zawiera tzw. definicję typu dokumentu (DTD), czyli zbiór reguł pozwalających ustalić, czy jakiś kod w danym języku jest prawidłowy. To właśnie DTD umożliwia specjalnym programom (parserom i walidatorom) walidację tego kodu, czyli sprawdzanie, czy jest napisany zgodnie z regułami zawartymi w DTD. Odwołanie do odpowiedniego DTD można znaleźć choćby w nagłówkach wielu stron internetowych.
Wpis na blogu W3C System Team dotyczył właśnie faktu, że serwer W3C, na którym znajdują sie właśnie te wszystkie DTD, jest bardzo mocno obciążony przez różnego rodzaju systemy walidujące kod w językach HTML/XHTML i innych, próbujące co chwila pobrać kopię DTD. Przy czym wyglada to tak, jakby wszystkie te systemy pobierały nową kopię dla każdego przetwarzanego dokumentu, zamiast skorzystać z pobranej wcześniej: chodzi przecież o definicje ustalające pewien standard, które siłą rzeczy nie mogą ulec zmianie i dlatego jednokrotne pobranie pliku definicji powinno każdemu systemowi wystarczyć.
Co w tej sytuacji zrobili webmasterzy W3C? Otóż ustawili dla tych DTD kod odpowiedzi na 503, co oznacza “serwis niedostępny”. I we wpisie na blogu dawali wyraz zdziwieniu, że pomimo otrzymania odpowiedzi 503, systemy walidujące ponawiały próby uzyskania DTD przez wiele dni.
Kłopot w tym, że według RFC 2616 (czyli dokumentu opisującego działanie protokołu HTTP, służącego do przesyłania zawartości w Internecie), kod 503 oznacza, że serwer CHWILOWO nie jest w stanie odpowiedzieć. I że po pewnym czasie będzie w stanie. Kto jak kto, ale webmaster organizacji ustanawiającej standardy powinien mieć świadomość istnienia standardów (nawet jeśli są ustalone przez inną instytucję) i umieć się do nich zastosować…
————
[1] - To określenie zapożyczyłem z opowiadania “Kwiecień w Paryżu” Ursuli Le Guin. Występuje tam archeolożka z przyszłości (trzy tysiące lat w przód od teraz), która źle mówi po francusku, bo w jej czasach jest to język znany wyłącznie z inskrypcji. To określenie bardzo mi sie podoba, bo bardzo trafnie oddaje moją znajomość angielskiego [2].
[2] - Uczyłem się angielskiego na normalnym kursie przez dwa lata. Dwadzieścia kilka lat temu. Od tego czasu mój kontakt z tym językiem jest głównie pisemny, tj. ciągle coś po angielsku czytam. Owszem, po dwudziestu paru latach czytam płynnie (nawet beletrystykę), ale większość słów poznałem wyłącznie kontekstowo i tylko w jedna stronę, tj. z angielskiego na polski. W drugą stronę muszę się przez dłuższą chwilę zastanawiać. W rezultacie umiem po angielsku pisać (choć pewnie z błędami gramatycznymi, głównie w zakresie składni), ale mówię bardzo powoli i nie potrafię prawidłowo wymówić większości słów, których używam. Ba, nawet ich nigdy nie słyszałem…








