W pracy, jak to w pracy… :-)
27 kwietnia 2008 | 10:39Poszedłem w czwartek na dziewiatą. Wyszedłem z domu kilka minut po ósmej, metro, tramwaj - i pierwszy zonk, bo strasznie się wlecze; na skrzyżowaniu z Woronicza czekaliśmy ze trzy minuty, bo najpierw coś skręcało w prawo do zajezdni, potem dziesiątka w lewo do pętli, i wszystko zajęło kilka zmian świateł. No ale ufff, dotarłem przed czasem: nie byłoby zbyt politycznie spóźnić się pierwszego dnia… ;-P
Oczywiście musiałem poczekać, ale to norma: jeszcze nie słyszałem o firmie, która zatrudniając pracownika z dnia na dzień, będzie dla niego miała gotowe stanowisko pracy. ;-P Przez pierwsze dwie godziny głównie siedziałem, zagadując chłopaków z pokoju. W ogóle, atmosfera pracy na luzie - można sobie pogadać, można poprosić każdego o pomoc czy konsultację, można sobie łazić po Sieci w razie potrzeby, a nawet bez potrzeby (nie sądzę, by specowi od Javy była nagle do czegoś potrzebna strona Worlds of Warcraft) i nawet nie trzeba się z tym kryć. :-) Ogólnie, pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. Chłopaki z jajem.
Koło pierwszej udało się wszystko dopiąć, dostałem komputer, konta na firmowych serwerach i kod aplikacji, którą mam się zająć, do wglądu. Oraz obietnicę Sławka (czyli mojego tak jakby szefa - struktura wewnętrzna firmy jest mi jeszcze zupełnie nieznana), że koło czwartej-piątej pogadamy, a do tego czasu mam przygotować swoją propozycję refaktoryzacji.
Pierwszy rzut oka - lekkie załamanie. W ogłoszeniu była mowa o znajomości Perla i modułów CGI::Application oraz Class::DBI. Modułów jeszcze nie znam (o czym zresztą lojalnie uprzedziłem - siedzę z nosem w dokumentacji do nich od zeszłego piątku), ale kod wygladał na pierwszy rzut oka zupełnie obco. Ha, nie ma lekko, trzeba popracować: wziąłem notatnik, jakies pisadło i po półtorej godziny już wiedziałem, co z czym i do czego. A po kolejnej godzinie miałem już nawet konkretne idee, co z tym dalej zrobić. (Okazuje się, że stosowanie tych dwóch modułów zupełnie zmienia całą strukturę kodu - trzeba się będzie tego nauczyć).
O godzinie czwartej z groszami udało mi się w końcu przedstawić propozycje. Stanęło na tym, że w piątek dostanę środowisko deweloperskie i będę mógł działać.
Wyszedłem parę minut po piątej. Przystanek, tramwaj, przystanek, paręset metrów za przystankiem stop. Czekamy. Coś stoi przed nami. Po kilku minutach motorniczy wypuścił ludzi - przed nami rozkraczyła się czternastka. Tuż przed zajezdnią, ale w rezultacie konieczny spacerek do skrzyżowania z Woronicza (żeby móc się w coś przesiąść). No nic, udało się. Do domu dotarłem dobrze po szóstej. Łączny czas przejazdu w obie strony - dwie godziny. Bez metra byłyby trzy…
Następny dzień: nauczony doświadczeniem wyszedłem wcześniej (przy okazji biorąc sobie kubek i łyżeczkę). Spokojnie zrobiłem sobie herbatę, usiadłem, zagrzebałem się w kodzie.
Na dzień dobry - mail z listą nowych funkcji do wdrożenia. (Nic bardzo trudnego, da się zrobić w dwa tygodnie, jak sądzę). No więc zacząłem robić rozpiskę, co i jak. Przy okazji pojawił się Rafał, autor tego maila, pogadaliśmy chwilę - ale bez konsultacji ze Sławkiem wolałem niczego nie obiecywać. Chłopaki pojawili się jeden po dziewiatej, drugi koło dziesiątej, a dwóch wcale - też w sumie luz; można się spóźniać i odpracowywać, nie ma problemu. (A nawet wygląda na to, że jak ktoś studiuje, może przychodzić tak, jak mu pozwala plan zajęć, byle swoje zrobił). Ale środowiska deweloperskiego dalej niet. Koło pierwszej poszedłem sobie na obiad. Po powrocie podsumowałem wszystko co wymyśliłem i wysłałem Sławkowi mailem. Potem dalej nic (znaczy, ja sobie dalej czytałem dokumentację). Po drugiej wizycie Rafała, odpowiedzialnego za kontakt z klientami tej aplikacji, Sławek został specjalnie wyciągnięty z jakiegoś ważnego spotkania, przypilnował, kogo trzeba i po chwili miałem środowisko deweloperskie skonfigurowane. ;-) I w końcu znalazł chwilę na rozmowę tuż przed piątą.
Czego się dowiedziałem: Sławek dotąd był w firmie programistą i administratorem, a że po awansie nie bardzo ma na to czas, musi teraz na szybko przyuczać parę osób do obowiązków administracyjnych (stąd opóźnienia i dziwne pady poczty - znam ten ból). Ale od słowa do słowa wyszło, że obaj jesteśmy zadowoleni: ja, jak wyżej, a on, bo mi szybko idzie. No ba, jak się w końcu dorwę do środowiska deweloperskiego, to będzie jeszcze szybciej, na razie głównie czekam… ;-P
Powrót z pracy - tym razem inną trasą. Oby szlag trafił decydentów (i ew. projektantów) odpowiedzialnych za warszawską komunikację - cztery przystanki autobusowe to ponad dwadzieścia minut jazdy! Znowu godzina z kawałkiem w plecy.
Ale jest nadzieja: ponoć od paru miesięcy firma ma się przenieść na Wolę. Będę miał do pracy albo dwadzieścia minut autobusem spod domu, albo rowerem. ;-)








