Dziupla

przytulna i ciepła
  • rss
  • Główna
  • O mnie?

Jak zwykle, po prostu jak zwykle…

27 czerwca 2008 | 18:05

Młody ma urodziny w poniedziałek. Od zeszłego tygodnia umawiałem się, żeby odebrać zamówiony prezent osobiście dziś po południu (żeby nie czekać na kuriera i mieć pewność, że go w niedzielę dowiozę na miejsce). Specjalnie urwałem się wcześniej z pracy. No i najpierw się rozkracza tramwaj, potem objeżdżam pół miasta, potem zaczyna lać. I oczywiście 9191 nie odbiera telefonów przez dziesięć minut, potem odbierają i informują, że mogą mi zapewnić taksówkę dopiero za 40 minut - podczas gdy w czasie oczekiwania koło sklepu przejeżdżają ze trzy puste, tyle że za mocno leje, żeby wyskoczyć ze sklepu i próbować je łapać. Ściana wody. I gdy w końcu przestaje padać na tyle, żeby można było dotrzeć do przystanku i tam czekać na autobus, to oczywiście jakiś głupi fiut musi walić sześćdziesiątką po głębokich, pełnych wody koleinach, ochlapując wszystko dookoła na dziesięć metrów od jezdni. A autobus w tym czasie odjeżdża… I gdy tak stoję mokry na przystanku, zaczyna sie wypogadzać, ba, robi się prawie słonecznie…

Generalnie ten sam schemat powtarza się regularnie od lat, gdy tylko usiłuję załatwić coś ze ściśle dogranymi, co do minuty, terminami - i prawie zawsze jest w to zamieszana jakaś burza ze ścianą deszczu i kierowcy z kompleksem małego fiuta. Ech, i jak tu się umawiać na okreslone godziny? Życie bez zegarka i bez sztywnych terminów jest naprawdę dużo łatwiejsze…

Comments
7 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Dwa w jednym

22 czerwca 2008 | 21:22

Kaczka łazienkowa:
Kaczka en face

Kaczka z boku

Przyciski są podpisane, od lewej: power, select, reset, volume+, volume-. Znaczy, takie pływające radyjko.

Wyobraźmy sobie, że kupujemy takie dwie kaczki, wpuszczamy do wanny. Włączamy…

…a tu nagle: Radio Maryja - katolicki głos w twoim domu. W stereo!

Comments
1 komentarz »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Dzieci Kolumba

21 czerwca 2008 | 16:00

Pisałem kilka tygodni temu o wyciętych drabinkach na sąsiednim podwórku. Krótko potem wypatrzyłem podobne drabinki dwa podwórka dalej:

Drabinki z jednej strony

Drabinki z drugiej strony

(Jednak dla nastolatków, którymi wtedy byliśmy, takie urządzenie byłoby chyba za ciasne. Lepsze byłoby takie coś:)
Drabinka łukowa dwubiegowa ;-)

Przy okazji wpisu o starych zdjęciach Bielan przyszło mi do głowy, że w Warszawie są dość powszechnym zjawiskiem osiedla zamieszkane przez ludzi w podobnym samym wieku. Składają sie na to dwie przyczyny: po pierwsze, miasto było w dużym stopniu zniszczone, a duża część mieszkańców zginęła - więc do odbudowy ściągano pracowników z całej Polski. Byli to zwykle ludzie młodzi - i szybko wrastali w Warszawę, pobierali się - i potrzebowali mieszkań.

A że mieszkania na nowo powstających osiedlach przydzielano w pierwszej kolejności rodzinom z małymi dziećmi, to w rezultacie całe dzielnice były zasiedlane przez młode małżeństwa, między dwudziestką piątką a trzydziestką, z kilkuletnimi berbeciami. Zaraz potem trzeba było zbudować dla tych dzieciaków szkoły - “tysiąc szkół na tysiaclecie” - a potem poszły na studia albo do pracy i zaczęły się dorabiać.

Początkowo jeszcze te dorabiające się dzieci mieszkały z rodzicami i tu się rodziły ich dzieci - które jeszcze paręnaście lat temu korzystały z tych wszystkich drabinek i piaskownic - ale od lat 90. ich rodzice zaczęli się wyprowadzać na swoje. To jest ten drugi powód: w Warszawie ludzie od samego początku lat 90. zarabiali więcej, niż gdzie indziej, więc łatwiej było odłożyć na swoje, łatwiej też było o kredyt.

I dlatego obecnie te osiedla z lat 50. i 60. są zamieszkane głównie przez samotnych emerytów i rencistów. A po co takim drabinki?…

Drabinka R.I.P.

I tak podczas pisania skojarzyło mi się jeszcze, że to przecież o tych emerytach (a raczej o ich starszej części) i o ich dzieciach śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski:

Chyba każdy z was odpowie,
kto to byli Kolumbowie,
jaki zapał mieli w sobie, jaki gaz.

Odkrywali nowe lądy,
obalali stare rządy,
znajdowali bystre prądy raz po raz.

Potem w ogorzałych twarzach
trochę przygasł i poszarzał
przygód blask, co kiedyś iskry z oczu niecił.

Potem Kolumb z Kolumbową
kupił szafę orzechową,
no a potem… to już tylko mieli dzieci!

Dzieci Kolumba, dzieci Kolumba
dziś już są dawno dorosłe.
Przygód nie znają, przed sobą mają
drogi przetarte i proste.

Szlak wiedzie jasny: tędy i tędy,
nikt się nie waha ni chwili.
Nawet na własne nie stać ich błędy,
starzy je dawno zrobili.

Łatwiej im zbiera się na śmiech,
niźli na chęć do wielkich przemian
bo, spójrzcie sami, jak tu, ech,
stojąc na ziemi krzyczeć “Ziemia!”?

Kiedy się darzy, gdy miska pełna,
w drzwiach tęgi kawał łańcucha
- głupcom się marzy fal biała wełna
i pod nogami łódź krucha…

Chyba każdy z was odpowie,
kto to byli Kolumbowie,
jaki zapał mieli w sobie, jaki gaz.

Często tłukli się morzami
dziurawymi szalupami
częstowani kopniakami raz po raz.

I ufali i wątpili,
i bluźnili, i wierzyli,
że ich los, ich piękny los to wszystko zlecił.

Tak przemijał rok po roku,
wreszcie przyszedł święty spokój,
wtedy właśnie… Kolumbowie mieli dzieci!

Dzieciom Kolumba, dzieciom Kolumba
nie spieszno w drogę daleką.
Wielka przygoda jak morska woda
z wolna przez palce przecieka,

lecz chcesz czasami krzyk za plecami
słyszeć, że droga nie tędy
- jeszcze krew ciepła w żyłach nie skrzepła
i stać na własne cię błędy.

I wtedy cichnie głupi śmiech,
ktoś wzniesie głowę ociężałą
i myśli sobie czasem - ech,
a może dla mnie coś zostało?

Nadzieja świta i nie odkryta
ziemia się w dali uśmiecha…
Aż ci się wszystko zmieni w stół, miskę
w drzwi, w tapczan, w szafę z orzecha,
w drzwi, w tapczan, w szafę z orzecha,
w drzwi, w tapczan, w szafę z orzecha,
w drzwi, w tapczan, w szafę z orzecha…

No i w końcu dzieci Kolumba odeszły na swoje…

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Takie coś bez takiego czegoś

17 czerwca 2008 | 21:54

Pierwsza rzecz - mamy w firmie coś w rodzaju recepcjonistki; w praktyce dziewczyna zajmuje się wszystkimi papierkami. Tyle że robi to co najmniej dziwnie.

  1. Od końca kwietnia do dziś nie znalazła czasu, żeby zeskanować moje zdjęcie do identyfikatora. Teoretycznie trwa to pięć minut. Nauczony tym doświadczeniem, na wszelki wypadek przy kserowaniu dokumentów do umów wolałem poczekać i przypilnować - okazało się, że jest w stanie zorganizować sobie pracę tak, żeby zeskanować papiery od ręki…
  2. To, że z dnia na dzień znika i nikt nie wie, co i jak, to norma - już mnie trzy osoby przepraszały za opóźnioną wypłatę, bo znikła akurat wtedy, gdy obiecała, że osobiście ręczy za to, że wypłata będzie w środę. Przelew wyszedł w następny czwartek…
  3. Od dwóch tygodni załatwia zamówienie krzesełka (bo uważa, że może to poczekać, aż się przeprowadzimy do nowego biura - najnowsze prognozy to sierpień; cóż, jak mi się zdarzy kolejny atak korzonków, to pożyczę sobie fotel naszego dyrektora i niech spróbują mnie z niego ruszyć!)
  4. Ostatnimi czasy hodowała kubeczek z kawą na stole konferencyjnym (piszę “hodowała”, bo miała go cały czas w zasiegu wzroku, ale nic z nim nie robiła; już się nawet zaczynaliśmy zakładać, czy zdąży zakwitnąć - ale po pięciu dniach w końcu zniknął).
  5. Gdy miała wypisać skierowania na badania wstępne, wysłała nas do przychodni, w której o naszej firmie pierwszy raz usłyszeli ode mnie, jak się umawiałem na badania (więc oczywiście chcieli zapłaty gotówą, na co z kolei ja nie miałem ochoty, pomny opóźnień przy wypłacie).
  6. Przy drugim podejściu wybrała przychodnię w Piasecznie - aż się zaczęliśmy zastanawiać, czy nie przysługują nam przypadkiem delegacje na okoliczność podróży służbowej za miasto. :-P

Krótko mówiąc - totalna porażka. Coś w rodzaju recepcjonistki, ale bez krzty organizacji czasu. Jakim cudem jeszcze tam pracuje - nie wiem…

Jak tak policzyłem ostatnio, to wyszło mi, że przez jej niekompetencję straciłem już ze trzy dniówki na załatwianie albo odkręcanie różnych idiotyzmów. Z trzydziestu paru jak dotąd przepracowanych.

Druga sprawa, to klienci i ich ponadplanowa obsługa.

Jest sobie skadinąd całkiem sympatyczna firemka, która ma u nas wykupioną usługę, za którą płaci marne kilka stów miesięcznego abonamentu. Firemka ma przykry zwyczaj w ramach tego abonamentu mieć życzenia specjalne. Nie wiedząc jeszcze, jak sprawa wyglada, obiecałem im rozszerzenie oprogramowania o funkcje, które funkcjonalnie zupełnie do reszty programu nie pasują.

Jest to między innymi obsługa formularzy, zbierających dane klientów - chodzi o to, aby wysyłać do klientów prośby o potwierdzenie poprawności danych i zgody na przetwarzanie. Ale także o to, aby o kazdym nowo dodanym kliencie informować. A najlepiej jeszcze móc do każdego klienta przypisać notatkę, co zostało w jego sprawie zrobione.

Fajnie, tylko do takich celów nasza firma sprzedaje zupełnie inną usługę, którą mogliby sobie wykupić, zamiast zawracać głowę. Owszem: obiecałem, więc kombinuję. Tyle w rezultacie robota nad innymi funkcjami leży.

Od kilku dni firemka narzeka, że testowe maile nie dochodzą na ich serwer. Owszem, nie dochodzą, bo są przez nasz serwer wysyłane w ich imieniu, z ich adresem jako adresem nadawcy - a ich serwer odrzuca je, bo dla niego ten adres należy do adresów obsługiwanych wewnętrznie; jeśli przychodzi z tym adresem coś z zewnatrz, to musi być próba podszywania się. No więc mamy wysyłać maile z naszego adresu. Od paru dni tłumaczę, że wówczas klienci mogą stracić do nich zaufanie, bo zobaczą adres zupełnie obcej firmy. I że powinni sobie SPF ustawić, z odpowiednim wpisem dla naszego serwera.

Ciekawe, ile dni jeszcze potrwa, zanim uda się im to wytłumaczyć. W każdym razie, od dobrych trzech tygodni przynajmniej pół dnia zajmuje mi odpowiadanie na ich maile. Czyli kolejne siedem dniówek w plecy…

Owszem, sam sobie jestem winien - trzeba się było w ogóle za to nie brać, nie obiecywać, nie tłumaczyć. Mądry Polak po szkodzie.

Niemniej, poza tymi dwoma wrzodami na tyłku, praca jest OK. ;-)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Trochę statystyk… :-)

15 czerwca 2008 | 19:09

Przy okazji okresowego sprawdzania, czy ktoś mi nie przejął serwera [1] rzuciłem też okiem na logi Apacza w poszukiwaniu script-kiddies (zwykle do dziesięciu prób włamu w miesiacu :-) ). I nieco się zdziwiłem widząc wpis

72.14.199.86 - - [15/Jun/2008:19:46:52 +0200] “GET /dziupla/?feed=rss2 HTTP/1.1″ 304 - “-” “Feedfetcher-Google; (+http://www.google.com/feedfetcher.html; 4 subscribers; feed-id=313644392779036706)” “-” 25068 1

Żyłem dotąd w przekonaniu, że zagląda tu tylko parę osób, z czego raczej żadna z Google Readera nie korzysta, a tu niespodzianka. ;-)

Zacząłem więc grepować - no, nie gzipa, log ma dopiero 12 mega - i wyszło mi, że zagląda tu poza guglem jeszcze dziewięć innych robotów, oraz że przynajmniej sześć osób ciągnie feedy bezpośrednio. Kolejne zdziwienie. ;-)

Grepowanie po adresach znajomych blogów dało ciekawy wynik. To, że paręnaście osób zaglądało tu za linkiem zostawionym we wpisach u Wojtka Orlińskiego, to nie nowina. Ciekawe jest to, że większość to linuksiarze [2]. Ha, wydało się! ;-)

A trzy osoby wchodzą regularnie, za każdym razem klikając w link w blogrollu Joanki… ;-)

Jeśli ktoś liczył na referral funa, to niestety, zawiedzie się. Jedyne, co mi się rzuciło w oczy, to “przycinanie nasturcji” ($DEITY uchowaj, na razie je z mszyc obieram, gdzie mi tam do przycinania!) i “mini calzone”z Google Images (to calzone u mnie na peeewno nie było mini :-D )

EDIT: Zapomniałem o podsumowaniu. W sumie wychodzi mi, że mam parunastu regularnych czytelników. Jestem tym faktem zaskoczony. No ale dobra, nawet Wam pomacham łapką, o.

[1] zdążyłem się nawet wystraszyć, że “su - root” mnie wywala - aż sobie po trzeciej próbie bardzo uważnego wpisywania hasła przypomniałem, że przecież nie mam konta “root”! ;-P

[2] jeden nawet niereformowalny, bo z debianowego linksa. ;-P

Comments
11 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Bielany - wystawa

08 czerwca 2008 | 18:12

Na płocie szkoły na rogu Zjednoczenia i Żeromskiego, naprzeciwko społemowskiego samu Radek, zawisła wystawa prezentująca stare zdjecia Bielan - od lat 30. do 70. ubiegłego wieku. Jeśli ktoś ma czas i ochotę, polecam. ;-)

Mnie osobiście najbardziej zainteresowało jedno ze zdjęć:

Żeromskiego, róg Swarzewskiej, 1959 (fot. Barbara Seredyńska)

Tak sie składa, że mieszkamy w jednym z tych domków. ;-)

Minęło prawie pięćdziesiąt lat. Kiosk stoi nadal w tym samym miejscu. Domy obrosły drzewami. Linia 110 dalej tędy jeździ. Ale zabawnie pomyśleć, że te dziewczynki po prawej, wygladające jak marzenie pedofila z anime, są teraz lokalnymi moherami… ;-P

Uzupełnienie:

Dzisiaj rano, jadąc autobusem, pomyślałem sobie, że fajnie by było, gdyby ktoś dokumentował poklatkowymi zdjęciami, robionymi codziennie z tego samego miejsca, w tym samym kierunku i o tej samej godzinie, np. warszawski Dworzec Centralny.

Stoi tam od połowy lat 70. Pamiętam, jak jeszcze go nie było, jak wysiadaliśmy z matką z osobowego i za torami widać było Pałac Kultury (prawdopodobnie była to Warszawa Główna Osobowa, od kilku lat zamknięta).

Potem, przez resztę 70., był to jedyny nowocześnie wyglądający budynek w okolicy. Dopiero po parunastu latach zdeklasował go Mariott. Centralny już wtedy był brudny i obłażący. Później zaczęto go oklejać reklamami, przez co od kilkunastu lat wygląda jak sześćdziesięcioletnia dziwka z pobliskiej Poznańskiej w ostrym makijażu i mini.

Ale pojawienie się Złotych Sedesów - pardon, Tarasów - załatwiło Centralny do reszty (tym bardziej, że kolej przespała ofertę włączenia Centralnego do tego kompleksu i odnowienia, za cenę zabudowania w górę wieżowcem). A te Złote Sedesy też za pięćdziesiąt lat będą, być może, straszyć brudnymi zębiskami powybijanych szyb w zardzewiałych kratownicach.

Bardzo ciekawym doświadczeniem byłoby obejrzenie filmu, pokazującego historię Centralnego, zdjęcie po zdjęciu; przy jednej klatce dziennie dawałoby to jakieś 15 sekund na rok, czyli w sumie jakieś dziewięć minut…

Hm, może by założyć serwis do rozpropagowania idei tworzenia takich poklatkowych filmików?

Comments
2 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

News z ostatniej chwili

02 czerwca 2008 | 20:09

Nasturcje mi wzeszły. ;-) Idą jak burza - rano nie było nic widać, a teraz mają po trzy centymetry. ;-)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Telepizza

01 czerwca 2008 | 17:05

Dzwonię do Telepizzy (Warszawa, Kochanowskiego). Odbiera p. Agnieszka.
- Czy dalej macie państwo promocję z powiększaniem dużej pizzy do maksa?
- Chciałbym zamówić dużą barbecue powiększoną “na maksa” i sześć mini-calzone z szynką.
- Dobrze, to będzie 64 złote… (z groszami).
- Ale na stronie macie państwo informację, że duża pizza kosztuje 43,10 zł, a za powiększenie dopłaca się 49 groszy. Mini-calzone kosztują 9,90, więc to za dużo.
- No tak, ale to cena w promocji, a jak pan powiększa do maksa, to pizza maks kosztuje 54 zł.
- To w takim razie poproszę średnią powiększoną do dużej i sześć mini-calzone.
- Dobrze, to będzie 43 zł (z groszami).
- No chwileczkę, to znaczy, że średnia powięksozna do dużej kosztuje 34 zł, a duża do maksa - 54? 20 zł różnicy?
- No tak, takie mamy ceny…
- To ja dziękuję, jeszcze się zastanowię.
Odkładam słuchawkę, sprawdzam stronę internetową - nie chce wyjść inaczej: maks to duża (43,10) plus 0,49 za powiększenie. Dzwonię ponownie - tym razem głos męski.
- Pana koleżanka tłumaczyła mi przed chwilą, że pizza średnia powiększona “na maksa” kosztuje 34 zł, a duża powiększona do maksa - 54. Jak to możliwe?
- Bo wie pan, nasz lokal jako jeden z czterech w Warszawie testuje nowe ceny.
- To znaczy, że wszędzie indziej jest taniej, tylko u państwa drożej?
- Przeciwnie, wszędzie jest drożej, tylko u nas taniej o kilka złotych.
- Ale na stronie internetowej duża pizza kosztuje 43,10 zł…
- No wie pan, ja nie mam wpływu na stronę internetową…
Krótko mówiąc, ktoś tu kogoś robi w balona.

Albo Telepizza ma faktycznie wyższe ceny, tylko “zapomnieli” zmienić cenę na stronie (ale dziwna sprawa, na stronie pełno informacji o promocjach na Dzień Dziecka - więc chyba jest aktualna? - a ceny są niższe), albo po prostu się pomylili i nie chcą przyznać.

Albo po prostu ten konkretny lokal postanowił na Dzień Dziecka trochę więcej zarobić…

No nic, ja dziękuję za taką obsługę. Zamówimy gdzieś indziej.

Comments
2 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Najświeższe wpisy

  • Powrót z gwiazd
  • Zza ekranu
  • W co się bawić?
  • AI
  • Migawka tramwajowa
  • Śmierć w Internecie
  • Migawki z wczorajszego słonecznego popołudnia
  • “Ludzki obyczaj ciekawy jest nadzwyczaj”
  • Życie poza korpo - czy istnieje? (uwaga, tldr!)
  • Życie w korpo
  • Szybki włam
  • Dzień wybuchających liści
  • Świąteczna uczta bogów na cztery ręce
  • Drobiazgi
  • Stulecie detektywów

Archiwa

  • marzec 2010 (1)
  • luty 2010 (1)
  • listopad 2009 (1)
  • październik 2009 (2)
  • wrzesień 2009 (3)
  • sierpień 2009 (3)
  • kwiecień 2009 (2)
  • marzec 2009 (2)
  • luty 2009 (5)
  • styczeń 2009 (3)
  • listopad 2008 (1)
  • wrzesień 2008 (1)
  • lipiec 2008 (1)
  • czerwiec 2008 (8)
  • maj 2008 (3)
  • kwiecień 2008 (9)
  • marzec 2008 (7)
  • luty 2008 (4)

Zajrzeli na chwilę

kasiak74

rss Komentarze rss valid xhtml 1.1 design by jide powered by Wordpress reCAPTCHA Wordpress linkujmy! Wordpress get firefox