Jak zwykle, po prostu jak zwykle…
27 czerwca 2008 | 18:05Młody ma urodziny w poniedziałek. Od zeszłego tygodnia umawiałem się, żeby odebrać zamówiony prezent osobiście dziś po południu (żeby nie czekać na kuriera i mieć pewność, że go w niedzielę dowiozę na miejsce). Specjalnie urwałem się wcześniej z pracy. No i najpierw się rozkracza tramwaj, potem objeżdżam pół miasta, potem zaczyna lać. I oczywiście 9191 nie odbiera telefonów przez dziesięć minut, potem odbierają i informują, że mogą mi zapewnić taksówkę dopiero za 40 minut - podczas gdy w czasie oczekiwania koło sklepu przejeżdżają ze trzy puste, tyle że za mocno leje, żeby wyskoczyć ze sklepu i próbować je łapać. Ściana wody. I gdy w końcu przestaje padać na tyle, żeby można było dotrzeć do przystanku i tam czekać na autobus, to oczywiście jakiś głupi fiut musi walić sześćdziesiątką po głębokich, pełnych wody koleinach, ochlapując wszystko dookoła na dziesięć metrów od jezdni. A autobus w tym czasie odjeżdża… I gdy tak stoję mokry na przystanku, zaczyna sie wypogadzać, ba, robi się prawie słonecznie…
Generalnie ten sam schemat powtarza się regularnie od lat, gdy tylko usiłuję załatwić coś ze ściśle dogranymi, co do minuty, terminami - i prawie zawsze jest w to zamieszana jakaś burza ze ścianą deszczu i kierowcy z kompleksem małego fiuta. Ech, i jak tu się umawiać na okreslone godziny? Życie bez zegarka i bez sztywnych terminów jest naprawdę dużo łatwiejsze…







