Takie coś bez takiego czegoś
17 czerwca 2008 | 21:54Pierwsza rzecz - mamy w firmie coś w rodzaju recepcjonistki; w praktyce dziewczyna zajmuje się wszystkimi papierkami. Tyle że robi to co najmniej dziwnie.
- Od końca kwietnia do dziś nie znalazła czasu, żeby zeskanować moje zdjęcie do identyfikatora. Teoretycznie trwa to pięć minut. Nauczony tym doświadczeniem, na wszelki wypadek przy kserowaniu dokumentów do umów wolałem poczekać i przypilnować - okazało się, że jest w stanie zorganizować sobie pracę tak, żeby zeskanować papiery od ręki…
- To, że z dnia na dzień znika i nikt nie wie, co i jak, to norma - już mnie trzy osoby przepraszały za opóźnioną wypłatę, bo znikła akurat wtedy, gdy obiecała, że osobiście ręczy za to, że wypłata będzie w środę. Przelew wyszedł w następny czwartek…
- Od dwóch tygodni załatwia zamówienie krzesełka (bo uważa, że może to poczekać, aż się przeprowadzimy do nowego biura - najnowsze prognozy to sierpień; cóż, jak mi się zdarzy kolejny atak korzonków, to pożyczę sobie fotel naszego dyrektora i niech spróbują mnie z niego ruszyć!)
- Ostatnimi czasy hodowała kubeczek z kawą na stole konferencyjnym (piszę “hodowała”, bo miała go cały czas w zasiegu wzroku, ale nic z nim nie robiła; już się nawet zaczynaliśmy zakładać, czy zdąży zakwitnąć - ale po pięciu dniach w końcu zniknął).
- Gdy miała wypisać skierowania na badania wstępne, wysłała nas do przychodni, w której o naszej firmie pierwszy raz usłyszeli ode mnie, jak się umawiałem na badania (więc oczywiście chcieli zapłaty gotówą, na co z kolei ja nie miałem ochoty, pomny opóźnień przy wypłacie).
- Przy drugim podejściu wybrała przychodnię w Piasecznie - aż się zaczęliśmy zastanawiać, czy nie przysługują nam przypadkiem delegacje na okoliczność podróży służbowej za miasto. :-P
Krótko mówiąc - totalna porażka. Coś w rodzaju recepcjonistki, ale bez krzty organizacji czasu. Jakim cudem jeszcze tam pracuje - nie wiem…
Jak tak policzyłem ostatnio, to wyszło mi, że przez jej niekompetencję straciłem już ze trzy dniówki na załatwianie albo odkręcanie różnych idiotyzmów. Z trzydziestu paru jak dotąd przepracowanych.
Druga sprawa, to klienci i ich ponadplanowa obsługa.
Jest sobie skadinąd całkiem sympatyczna firemka, która ma u nas wykupioną usługę, za którą płaci marne kilka stów miesięcznego abonamentu. Firemka ma przykry zwyczaj w ramach tego abonamentu mieć życzenia specjalne. Nie wiedząc jeszcze, jak sprawa wyglada, obiecałem im rozszerzenie oprogramowania o funkcje, które funkcjonalnie zupełnie do reszty programu nie pasują.
Jest to między innymi obsługa formularzy, zbierających dane klientów - chodzi o to, aby wysyłać do klientów prośby o potwierdzenie poprawności danych i zgody na przetwarzanie. Ale także o to, aby o kazdym nowo dodanym kliencie informować. A najlepiej jeszcze móc do każdego klienta przypisać notatkę, co zostało w jego sprawie zrobione.
Fajnie, tylko do takich celów nasza firma sprzedaje zupełnie inną usługę, którą mogliby sobie wykupić, zamiast zawracać głowę. Owszem: obiecałem, więc kombinuję. Tyle w rezultacie robota nad innymi funkcjami leży.
Od kilku dni firemka narzeka, że testowe maile nie dochodzą na ich serwer. Owszem, nie dochodzą, bo są przez nasz serwer wysyłane w ich imieniu, z ich adresem jako adresem nadawcy - a ich serwer odrzuca je, bo dla niego ten adres należy do adresów obsługiwanych wewnętrznie; jeśli przychodzi z tym adresem coś z zewnatrz, to musi być próba podszywania się. No więc mamy wysyłać maile z naszego adresu. Od paru dni tłumaczę, że wówczas klienci mogą stracić do nich zaufanie, bo zobaczą adres zupełnie obcej firmy. I że powinni sobie SPF ustawić, z odpowiednim wpisem dla naszego serwera.
Ciekawe, ile dni jeszcze potrwa, zanim uda się im to wytłumaczyć. W każdym razie, od dobrych trzech tygodni przynajmniej pół dnia zajmuje mi odpowiadanie na ich maile. Czyli kolejne siedem dniówek w plecy…
Owszem, sam sobie jestem winien - trzeba się było w ogóle za to nie brać, nie obiecywać, nie tłumaczyć. Mądry Polak po szkodzie.
Niemniej, poza tymi dwoma wrzodami na tyłku, praca jest OK. ;-)








