Walę tynki
14 lutego 2009 | 23:47Tym razem waliłem w te tynki dosłownie. A nawet udarowo. Bo postanowiłem zamontować w łazience podwieszaną suszarkę. :-)
Choć gdybym wcześniej wiedział, ile z tym będzie roboty… W teorii wyglądało to prosto: wstawić do wanny dwa drewniane stołki, stanąć na nich i wiercić. Pół godzinki i gotowe.
W praktyce okazało się, że stołki ślizgają się po dnie wanny, wiertło ślizga się w zamocowaniu i w rezultacie sama jazda figurowa na stołkach zajęła prawie godzinę (z czego z piętnaście minut wiercenia, a reszta to wchodzenie na drabinkę, schodzenie z drabinki, przestawianie drabinki i dokręcanie wiertła).
Potem przewlekanie sznurka przez bloczki - sposób pokazany w instrukcji obsługi nie sprawdza się, gdy trzeba dodatkowo przerzucić sznurek przez rurę do gazu, więc na rozwiązanie łamigłówki na sznurek, rurę i dwa niesymetryczne bloczki poszło kolejne pół godziny.
I na koniec wiercenie dziur w ścianie pod knagę na sznurek - też pół godziny. Podczas której okazało się, że w cegłę trafia się trzy razy na pięć, a wiertłem do metalu nie da się zastąpić widiowego, choćby człowiek nawet bardzo mocno napierał…
W efekcie łazienka zyskała siedem nowych dziurek zamiast planowanych czterech… A ja zaliczyłem ponad dwie godziny gimnastyki na drabince (doliczając wymianę żarówek na świetlówki w kuchni i papierowego abażuru na większy w pokoju).
Cóż, przynajmniej będzie mi się dobrze spało. ;-)









:)
Miałyśmy kiedyś z babcią w planach taką suszarkę, niby nic trudnego: zamówić faceta, który wywierci dziury i gotowe. Facet przyszedł, wszedł na drabinę, i przy robieniu ostatniej dziury przebił się na wylot przez tynk nie sięgając jednak stropu. W związku z tym, nie chcąc ryzykować upadku sufitu, kazałyśmy mu te dziury zagipsować.
Hm, czy ja Ci kiedyś opowiadałem, jak budowałem socjalizm w Czechosłowacji? :-D
Opowiedz, opowiedz!