Spieszmy się czytać blogi0), czyli o prywatności w sieci
25 lutego 2009 | 22:04To taka refleksja po nieudanej wizycie na blogu znajomej, którą generalnie lubię, a która zahasłowała bloga już bardzo dawno temu.
Sieć daje poczucie anonimowości. Więc niektórzy próbują pisać bloga (właśnie jako internetowy dziennik). Bo modne. Bo lubią. Bo chcą się wyżalić. Bo mają ochotę opisać coś w jednym miejscu, zamiast dzielić się tym z parunastoma (albo i parudziesięcioma) osobami, powtarzając wszystkim po kolei tę samą śmieszną czy wkurzającą historię, która przydarzyła im się w pracy, na uczelni, po drodze do domu. Bo wszystko po trochu.
W pewnej chwili z zaskoczeniem spostrzegają, że bloga czytają również ci, którzy są w nim opisywani. Czasem ktoś zrobi awanturę, że “sobie nie życzy”. Czasem zaczynają się szepty za plecami. Czasem pokazywanie palcami. A czasem zaczynają się pojawiać natarczywe, chamskie czy po prostu głupie komentarze1). I wówczas blog się zamyka - w obu możliwych znaczeniach: albo autor rezygnuje zupełnie, albo ogranicza dostęp2).
Ograniczanie dostępu rodzi podział na tych, którzy mogą czytać i tych, którzy nie mogą. Ci, którzy nie mogą, czują się odrzuceni, mniej ważni. Owszem, niektórzy mają śmiałość poprosić o dostęp3). Niektórzy wolą się męczyć i udawać, że nic się nie stało, że wcale nie czytali, że nie chcą - bo jeśli autor odmówi, to dopiero zaboli! Z podobnej przyczyny głupio prosić o dostęp do bloga kogoś nowo poznanego, czy znanego z jakiegoś konkretnego środowiska (praca, hobby, inny zakatek Internetu).
Ale przede wszystkim ograniczanie dostępu jest koszmarnie niewygodne dla użytkowników. Prawie zawsze wymaga rejestracji, w tym podania hasła. I tu duży problem: podać normalne hasło to ryzyko, że ktoś się włamie i z niego skorzysta. Podać nietypowe hasło, to męczarnia z przypominaniem go sobie za każdym razem4).
Zresztą hasło to nie wszystko. Problemem jest często wybór loginu (bo w dużych systemach blogowych nasz własny jest juz zajęty - i co wtedy? Jakiś przypadkowy, tymczasowy login?) czy przypomnienie sobie, który adres podaliśmy przy rejestracji, gdy trzeba skorzystać z przypominajki.
Poza tym często jest tak, że do zahasłowanego bloga nie mogą się dostać czytniki czy agregatory. Sam korzystam z takiego: na strony tych nielicznych zahasłowanych znajomych, do których jednak chcę zaglądać, zaglądam w efekcie raz na kilka tygodni…
A czasami trafiają się jeszcze ciekawsze kwiatki. Głupota programistów bywa porażająca: na Bloksie trzeba wpisać hasło, żeby przeczytać, ponownie wpisać, żeby skomentować. I nie wolno pisać za szybko ani przeklejać przygotowanej na boku zawartości, bo człowiekowi naubliżają od botów…
I co? Od bloga znajomej odbiłem się po raz któryś z kolei - i w tym momencie dopiero przypomniałem sobie, że tak dawno nie zaglądałem, że już zapomniałem, że jest zahasłowany. Co więcej, uświadomiłem sobie, że do kolejnej osoby nie mam o czym zagadać. Wspólnych znajomych właściwie nie mamy, żyjemy w różnych środowiskach, w różnych miastach; na bloga nie mam wstępu - więc właściwie o czym rozmawiać? “Cześć, fajny film wczoraj widziałem” to zupełnie nie w moim stylu.
Zresztą… w ogóle głupio zacząć rozmowę, bo na GG też jej nie widać.
___________________
0)… bo przestają być publicznie dostępne? ;-)
1) Z podobnych powodów ludzie znikają z GG, przestawiając status na “niewidoczny” - a potem człowiek ze zdziwieniem sobie uświadamia, że od pół roku z kimś nie rozmawiał. Względnie rzeczony “ktoś” się dziwi, że nikt znajomy do niego nie zagaduje :-P
2) Albo zaczyna pisać tak, by nikt z opisywanych nie mógł rozpoznać, że to o niego chodzi. Czytam regularnie parę blogów pisanych w taki sposób - ale tylko kilka. Trzy? Cztery?
3) Tragedia zaczyna się wtedy, gdy autor nie ma śmiałości odmówić, mimo że to właśnie tego gościa chciał się z bloga pozbyć. :->
4) Świetny wpis na temat niechęci do rejestracji: The $300 Million Button - chodzi wprawdzie o sklep internetowy, ale przeżycia i doświadczenia z formularzami logowania na prywatnych stronach są bardzo podobne.









ale to całkiem oczywiste, że w pewnym momencie zaczyna się pisać na niepublicznym poziomie - przynajmniej częściowo. ja nigdy nie wyobrażałam sobie siebie piszącej bloga, kiedy już zaczęłam to robić, nie sądziłam, że kiedykolwiek będę musiała “chować” swoje wpisy, ale… przy dłuższym pobycie w sieci zawsze trafi się jakieś indywiduum, które ogryza kostki, więc od dość dawna notki bardziej osobiste (nawet te o samopoczuciu) lądują “wyżej”, żeby nie utrudniać takiemu indywiduum życia, zmuszając do komentowania gdzieś za plecami etc. poza tym wpisy o pracy też chowam, żeby komuś nie przyszło do głowy wykorzystywać ich przeciwko mnie. wszak kiedyś była już taka jedna, co wyszukiwała w sieci informacje o mnie i napawała się swoimi interpretacjami - kalekie były i niezgodne z prawdą, ale ją cieszyło, ot co;)
Próbowałem napisać o dwóch rzeczach naraz i w efekcie nie wiadomo, o co chodzi. :-) Przepraszam.
Rzecz pierwsza - ograniczanie dostępu. Tu się zgadzam, co do konieczności: w rzeczywistym świecie człowiek musi się nieźle nachodzić (i często nakłamać :-) ), żeby uzyskać te wszystkie informacje, które w sieci ma po paru kliknięciach myszą. Każdy człowiek przygotowuje swoje wypowiedzi na różnych poziomach ogólności/szczegółowości, oględności/dosadności, dostępności/prywatności , zależnych od odbiorcy - inaczej mówisz, gdy się wypowiadasz publicznie; inaczej do najbliższych przyjaciół; inaczej do starej ciotki, a inaczej do małego dziecka; inaczej do szefa na zebraniu, inaczej do kumpla przy piwie… Tylko że w tym wypadku masz kontrolę nad tym, co do kogo trafi. A w sieci brak odpowiednich mechanizmów, których obsługa byłaby równie intuicyjna. No więc trzeba się albo maskować, albo ograniczać dostęp sztucznie.
Samo maskowanie może niedługo być zupełnie niewystarczające: już są wyspecjalizowane systemy służące do rozpoznawania różnych sieciowych osobowości jednego człowieka (po stylu chociażby, po liście znajomych, po poruszanych tematach) - ładny opis tutaj.
Zaś co do ograniczania dostępu, to do niewygody logowania opisanej powyżej dorzucę jeszcze problem z wyborem hasła: w każdym systemie muszą mieć określony format, dosyć często unikalny (tu wyłącznie małe litery i cyfry, bez ograniczania ilości, tam co najmniej osiem znaków, ale tylko małe i duże litery, jeszcze gdzie indziej muszą wystąpić małe i duże litery, cyfry i znaki specjalne, a hasło ma mieć co najmniej sześć znaków… Makabra). Pomogłoby rozwiązanie w stylu OpenID (zewnętrzny serwis uwierzytelniający naszą tożsamość bez konieczności logowania co chwila), ale ten kij tez ma dwa końce - gdy tylko okaże się bardziej popularny, zaczną się ataki na serwery tej usługi. A komputer może być w stu procentach odporny na ataki z sieci tylko wtedy, gdy ma odłączoną sieć. :-P
I tak naprawdę, gdyby rozwiązać problemy techniczne, sam fakt ograniczania dostępu do pewnych wpisów nie bolałby wcale. Ale w obecnym stanie rzeczy jest to bardzo niewygodne i w efekcie powoduje szybszy zanik więzi z dalszymi znajomymi - tymi, których haseł się nie pamięta lub których głupio prosić o dostęp.
W efekcie powstaje coś w rozaju okna komunikacyjnego (termin zaczerpnięty bodajże z badań nad obcymi cywilizacjami): żeby się dogadać, obie strony muszą być w podobnej fazie rozwoju. Jeśli się zbytnio różnią, komunikacja jest niemożliwa.
W Internecie wyglada to tak: najpierw człowiek nie pisze o sobie, bo nie wie, jak. Potem zaczyna pisać - i wtedy przez jakiś czas jest otwarty również na kontakty z nieznajomymi. Konktakty inspirujace, ale też frustrujące - czasem trafi na kogoś ciekawego, ale częściej na trolla, który zaczyna mu wpisywać głupie komentarze na blogu. A potem dowiaduje się, jak ograniczyć dostęp - i okienko się zamyka. Człowiek kontaktuje się wyłącznie z osobami poznanymi wcześniej.
I to nie jest dobre, takie zamykanie się…
jeśli zamyka się bloga całkowicie i wpuszcza tylko znajomych - to tak, masz rację. ja jednak nie narzekam na brak poznawania innych po wprowadzeniu w życie wyższych poziomów. trollom mówimy stanowcze “nie”;) i nie wiem, jak gdzie indziej - na joggerze hasło i login mogą być najprostsze na świecie, imię i nazwisko np. jeśli ktoś sobie życzy…
Twój blog ma pewna wadę, która też utrudnia jego czytanie - nie powiadamia w żaden sposób o odpowiedzi na zamieszczony komentarz;)
aha, ja jestem niezła w rozpoznawaniu człowieka po stylu pisania, ale i czasem kojarzę szybko odległe na pozór fakty, więc… taki szpieg szoguna;)
Nawet nie wiem, czy WordPress ma taką opcję - zaraz sprawdzę. Na pewno jest feed RSS z komentarzami, (ale to niespecjalnie wygodne, ciągnąć feeda tylko po to, żeby sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie odpowiedział).
Fakt, z poziomami w Joggerze to niegłupi pomysł. Ale logowanie potrafi być niewygodne (nie wiedzieć czemu, moje zapamiętane hasło nie chciało działać, a ciągłe zmienianie w ramach przypominajki przez Jabbera jest też niewygodne - w pewnym momencie nawet korespondowałem ze Sparrowem na ten temat, w końcu zrezygnowałem z Joggera).
EDIT: z tego co widzę, Wordpress nie obsługuje bezpośrednio takich powiadomień. Jest możliwość włączenia powiadamiania zarejestrowanych użytkowników, można też skorzystać z mailowych powiadomień FeedBurnera (w zasadzie to wysyłka mailem komentarzy, które FeedBurner ściąga w ramach RSS - jeśli równie opóźnione, co feedy z FeedBurnera, to mało przydatne). Czyli na razie chyba nic z tego…
OK, znalazłem odpowiednią wtyczkę. Można próbować. ;-)
(Ale z góry uprzedzam, że może nie zadziałać z adresem na Gmailu - w tym również na gazeta.pl - bo nie przyjmują poczty z prywatnych serwerów postawionych na dynamicznym IP. Jeśli spróbujesz, daj znać, czy doszło jakiekolwiek powiadomienie).
ok, zmienię sobie adres mailowy i spróbuję - może coś dojdzie, jak mi odpowiesz na ten komentarz;)
byłeś na joggerze? pod takim samym nickiem? mnie jednak jest tam wygodnie - nie muszę się logować, bo jestem na stałe zalogowana do panelu admina, więc dostaję wszystkie powiadomienia via jabber. co do blogów na innych platformach - dobrze, jeśli powiadamiają via jabber (na bloxie można też śledzić komentarze rssem, z czego nader rzadko korzystam), natomiast przyznaję bez bicia, że często zapominam, że coś gdzieś komentowałam i nie sprawdzam, czy ktoś mi odpowiedział - tym sposobem np. po kilku miesiącach znajduję zadane mi gdzieś pytanie;)
Chyba pod takim samym, to ze dwa czy trzy lata temu było. A z przygodnym komentowaniem u kogoś mam ten sam problem. Kolejna rzecz, która powinna być poprawiona gdzieś u podstaw Internetu…
Doszło? ;-)
doszło;)
a z joggera Cię nie pamiętam;) może się rozminęliśmy:)
Możliwe - ja wtedy niespecjalnie jeszcze po nieznajomych blogach chodziłem. ;-)
Ha, teraz to prawie jak GG śmiga. ;-D
ja pewnie wtedy raczkowałam na joggerze…
śmiga jak gg, bo mam powiadomienia z tlena via komunikator:D
A ja z WordPressa mailem, ale na tej samej maszynie (czasem nie ma to jak domowy serwer :-) ).
heh… ja miałam nigdy nie blogować, więc… zostanę tam, gdzie jestem, a jeśli kiedyś miałabym zniknąć, to już raczej w próżnię;)
hmmm….
to też ciekawe -powodów do znikania może być wiele
najczęściej bardzo prozaiczny - brak czasu
doba staje się za krótka na wszystko
wydaje mi się jednak, a w sumie to nawet jestem o tym święcie przekonana, że ktoś z kimś się miało dobry kontakt nigdy tak naprawdę nie znika
jeśli spotykam osobę, którą znałam, rozmawiałam z nią i po pytaniu “co słychać” odpowiadam tylko “wszystko ok”, to znaczy że tak naprawdę ta osoba była tylko pozornie mi bliska
z kimś ważnym fajne jest nawet milczenie, chociaż niektórym przychodzi to z dużą trudnością
/nie wiem czy na temat i w temacie ale takie refleksje mnie naszły po przeczytaniu/
na temat blogowania się nie wypowiem, bo jedyny blog jaki popełniłam to blog ze zdjęciami moich dzieci - miały być opisy, historyjki i jak zwykle skończyło się na słomianym zapale
(Na temat. ;-) )
Że brak czasu - tak. Ale pisząc to, miałem na myśli nie tyle porzucanie swojego kawałka miejsca, co raczej zamykanie się w sobie i brak zaufania do innych ludzi. I ograniczanie dostępu tylko do znajomych - i problem, kto się do nich zalicza i jak odebrać dostęp tym, do których straciliśmy zaufanie. W Internecie nie ma na to wszystko dobrego sposobu. A pisałem, bo ten problem dotyczy wielu znajomych. Im bardziej ktoś mądry, wrażliwy, tym większe prawdopodobieństwo, że wycofa się w sferę zupełnie prywatna, gdy tylko się zorientuje, jak.
A co do “wszystko ok” - wiesz, to może znaczyć wszystko, np. “działo się tyle, że nie wiadomo, od czego zacząć”. Albo “może się i działo, ale to takie zwykłe sprawy, kto by tego słuchał”. Albo “skoro nie pytałeś przez pół roku, to pewnie cię to wcale nie obchodzi”. Albo “nieważne co u mnie, mów co u ciebie”. Albo milion innych rzeczy.
Ludzie się jednak zmieniają - i jak spotykam kogoś po długim czasie, to jest wzajemny szok i obwąchiwanie się, jak dwa psy z dwóch przeciwległych końców. :-)
ja znam takich, którzy się nie zmieniają
i mimo iż spotykamy się po X latach zdaje mi się, że widzieliśmy się zaledwie wczoraj, tylko dziwnie tematów do opowiedzenia przybyło ;)
a im bardziej ktoś mądry, bo niekoniecznie wrażliwy, tym mniej prywatności pozostawia w sieci - ale to moje zdanie ;)