Stulecie detektywów
01 marca 2009 | 23:31Dorwaliśmy w piątek w Empiku “Stulecie detektywów” Juergena Thorwalda. Zaczytywałem się wcześniej “Stuleciem chirurgów”1) i “Triumfem chirurgów”, więc nawet niespecjalnie zwracałem uwagę na cenę (ponad pięć dych za cegłę w twardej oprawie). I generalnie nie zawiodłem się - choć tytuł okazał się mylący, podobnie jak cytat z Szymborskiej w charakterze blurba.
Cytat zawierał zachwyty nad Sherlockiem Holmesem, jako mistrzem metody naukowej w śledztwie. I wraz z tytułem sugerował, że książka dotyczy początków kryminologii (co jest prawdą) i że opisuje pracę dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych detektywów (co prawdą nie jest). Książka mówi przede wszystkim o prekursorach medycyny sądowej (głównie o lekarzach, trochę o chemikach), o początkach współczesnej metody naukowej w zakresie badania zwłok i toksykologii, trochę o daktyloskopii. Ostatni rozdział to historia balistyki (pod którą to nazwą autor/tłumacz rozumie głównie badania w rodzaju mikroskopii porównawczej).
Jak to zwykle u Thorwalda, nie mogłem się od książki oderwać. Przeczytałem w weekend, zaglądając co chwila do Wikipedii i Google’a: pasjonujące jest porównanie historii medycyny sądowej i kryminalistyki z rozwojem powieści detektywistycznej. Wreszcie zrozumiałem, jak bardzo różny od zwykłego ówczesnego detektywa był Sherlock Holmes, czemu Philip Marlowe miał taki zgryźliwy charakter i dlaczego Perry Mason tak łatwo robił w konia Hamiltona Burgera. ;-)
BTW, autor w posłowiu radzi, żeby zacząć czytać od środka. Faktycznie, historia daktyloskopii czy badań anatomicznych przedstawiona na początku jest mało wciągająca. Wystarczy jednak dojść do krajania trupów…
Uwaga tylko na tłumaczenie i redakcję. Tłumaczył (podobnie jak “Stulecie chirurgów”) Karol Bunsch (ten od powieści o piastowskiej Polsce). I mam wrażenie, sądząc po disklajmerze wydawcy (”Znak” - że dołożyli wszystkich starań, by się skontaktować ze spadkobiercami), że to było niedokończone tłumaczenie.
W książce nie widać wzmianki o korekcie czy redakcji. Pewnie dlatego pod koniec części o toksykologii na paru stronach straszą niedokończone myśli i urywki zdań. I pewnie dlatego książka jest tłumaczona na krakowski, nie polski - są tam choćby flizy i zakładanie podłóg. Ponadto mam wrażenie, że niektóre nazwy chemiczne są przestarzałe…
Ale jak na wydawnictwo bez specjalizacji naukowej to i tak jest nieźle. Bardzo polecam. Szczególnie jeśli ktoś lubi Holmesa, Poirota czy Masona. Albo historię medycyny. :-)
_______________________________
1) Też przy okazji kupiliśmy, bo poprzedni egzemplarz od czytania rozsypuje się na pojedyncze karki. Szkoda, że “Triumfu” nie było…








Wszystko pięknie, tylko medycyna sądowa, daktyloskopia, toksykologia i balistyka to dzialy KRYMINALISTYKI, a nie kryminologii. To dwie rożne nauki są!:)
A te “Stulecia..” swoją scieżką muszę dorwać, słyszę o nich same bardzo dobre rzeczy…
Jako prawie prawniczka prawdopodobnie masz rację. ;-P
Właśnie to czytam. Powoli, wieczorami, bo do metra za ciężkie. ;-)
Wydane bardzo ładnie. Ale tłumaczenie, niestety, fatalne - przynajmniej pod względem medycznym. I rzeczywiście rzuca się w oczy brak redakcji? korekty? Nazwiska (jak najbardziej odmienne) są notorycznie nieodmieniane, co mnie wpienia. Irytująca jest też maniera zostawiania angielskich nazw po angielsku i tłumaczenia ich w przypisach - bo są to nazwy i terminy banalne. Natomiast najgorsze są błędy, i to głupie błędy, w terminach medycznych. Jak dowiedziałam się o istnieniu włosów sromowych (sic!), w dodatku rosnących na brzuchu, to byłam bliska spadnięcia z łóżka.