Dziupla

czyli dziura w całym
  • rss
  • Główna
  • O mnie?
  • Sztuczki administratorskie

Ekspresowe widzenie :-)

31 marca 2010 | 20:55

Trzy tygodnie temu zamówiłem sobie nowe okulary.

Stare miały już piętnaście lat i były mocno zużyte - tym bardziej, że sześć lat temu musiałem wymienić oprawki na całkiem przypadkowe: stare pękły mi na pół, gdy akurat wychodziłem na pociąg, więc poprosiłem najbliższego optyka o dopasowanie do moich szkieł jakichkolwiek oprawek. I w efekcie od tego czasu wyglądałem jak bardzo gruby Harry Potter.

Zdecydowałem się na Vision Express w Arkadii (ten punkt naprzeciw Leroy Merlin, nie przy bocznym wejściu). Wybrałem sobie (duuużo ładniejsze) oprawki, zamówiłem szkła i po czterech dniach, w piątek, odebrałem gotowe okulary. Przez pierwsze pół godziny chodziłem na pamięć, bo jednak wszystko było nieco inaczej - na szczęście udało mi się nie zabić na schodach.

Następnego dnia rano spojrzałem na świeżo wyczyszczone szkła pod słońce i zauważyłem jakby odcisk palca. Przemyłem i przetarłem jeszcze raz - dalej był. Przyjrzałem się bliżej: okazało się, że to cały pęk rys, mikroskopijnej szerokości, jakby ktoś dokładnie na osi widzenia przejechał po soczewce papierem ściernym.

Pojechałem więc z reklamacją. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że się to uda zareklamować, bo ulotka dodawana do okularów mówi wyraźnie, że firma nie bierze odpowiedzialności za uszkodzenia mechaniczne. Ale jak dla mnie przypadek był ewidentny - rysy powstały przy szlifowaniu; ja nawet nie miałbym kiedy ich zrobić. I ku mojej wielkiej uldze, reklamacja została uznana - optyk uznał, że soczewka została za mocno ściśnięta przy szlifowaniu i wskutek naprężeń popękała warstwa antyrefleksyjna. Zamówiono mi nowe szkło, po kolejnych kilku dniach miałem się zgłosić na wymianę.

Gdy przyjechałem do poprawki w następny piątek, wyszła na jaw pomyłka producenta szkieł - wysłał inne szkło, niż zamówiono. Moc się zgadzała, ale powłoka antyrefleksyjna była fioletowa, nie zielona. Efekt byłby raczej łaciaty. :-)

Po kolejnych kilku dniach przyjechała właściwa soczewka, więc dziś wykonałem kolejne podejście.

Niestety, zapomniałem starych okularów. W efekcie, czekając na wymianę soczewki, poszedłem zrobić zakupy na ślepo.

Dość zabawnie było na stoisku z serami, gdzie ekspedientka, pytana o ceny serów, pokazywała mi palcem odpowiednie etykietki. Na moją uwagę, że niestety nie widzę tych etykietek i dlatego pytam, usłyszałem odpowiedź, że “to trzeba było mówić od razu”. No a niby co ja robiłem? ;-)

Na szczęście mam dobre oko do kolorów i większość opakowań byłem w stanie rozpoznać nawet jako kolorowe plamy, mieszające się z całym stadem okolicznych plam w innych kolorach. (Jeśli ktoś nie wie, jak to jest, to niech sobie wyobrazi ładną akwarelkę, pejzaż albo martwą naturę, rozmazaną po zachlapaniu wodą.)

Po tym doświadczeniu poszedłem sobie do coffeeheaven, gdzie dziewczyna z obsługi, poproszona o informację, “czy tam z przodu są jakieś wolne miejsca, bo właśnie oddałem okulary do naprawy”, natychmiast znalazła mi miejsce, a po pół minucie przyniosła gotową kawę do stolika. I tam spędziłem pozostałe czterdzieści minut oczekiwania z nosem literalnie w książce. Czytanie liter z odległości siedmiu-dziesięciu centymetrów daje człowiekowi okazję podziwiania faktury zarówno papieru, jak i farby drukarskiej na nim… ;-D

Na koniec odebrałem okulary i jestem bardzo zadowolony. Przede wszystkim, nie spotkałem się chyba jeszcze z takim podejściem do klienta - pomimo problemów z soczewkami wszystko inne było w jak największym porządku, a ja upewniłem się w przekonaniu, ze Vision Express w Arkadii umie zadbać o klienta nawet w nietypowych sytuacjach. :-) Podobnie jak obsługa CoffeeHeaven przy wejściu. ;-D

Kategorie:
płacę - wymagam
Tagi:
Arkadia, coffeheaven, reklamacja, Vision Express
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Przelotnie

30 marca 2010 | 8:55

Wstałem dziś wcześniej i poszedłem pobiegać. Pięć kółeczek dookoła parku, każde po dwie minuty biegu i cztery minuty spaceru. Pierwsze trzy kółka bez problemu, przy czwartym i piątym już ledwo-ledwo. Ale udało się. ;-)

Mniej więcej od drugiego mojego kółka w przeciwną stronę zaczęła biegać jakaś dziewczyna. Za pierwszym razem minęliśmy się, gdy szedłem. Za drugim, gdy biegłem - a wówczas wyraźnie rozpromieniła się na mój widok.

I wciąż się zastanawiam: czy był to serdeczny uśmiech biegacza na widok innego biegacza, czy po prostu wyglądam w biegu jak dogorywający nielot? ;-D

127,2. :-)

Kategorie:
migawki, moje własne emo
 
Komentarzy: 2 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Dwa cytaty (nieco kryptyczne)

29 marca 2010 | 22:54

Znalazłem to dwa tygodnie temu, szukając rozwiązania problemów z poprzednim routerem:

Mam kilka starych dyskietek, a na jednej z nich chciałem nagrać sterowniki. Mogło by się wydawać, że w tak nowym systemie jak Windows 7 nie będzie z tym żadnych problemów. Niestety, w przypadku użycia uszkodzonych dyskietek wyszło kilka mankamentów.
[… i dalej opis problemów znanych użytkownikom dyskietek od ponad ćwierćwiecza.]

(“Windows 7 – obsługa dyskietek FD (floppy disk)”)

Natychmiast mi się przypomniało:

- Nie pamiętasz, co sama mi mówiłaś? Że bezpieczeństwo ludzi najgłębiej zakodowano w programach Kłów, najwyższy priorytet, najpierwsza dyrektywa - nie pamiętasz? A gdy zabrakło nadzoru z Plateau - co mu pozostało? Tylko te archaiczne algorytmy, pierwotny oes, starożytne przykazania.
Obejrzawszy się przez ramię, wyszczerzył się do Angeliki z gęstej brody.
- Wystarczająco długo pracowałem na komputerach. Tak naprawdę programy nie ewoluują. One się   n a w a r s t w i a j ą.   Dwudziesty dziewiąty wiek, tak? Założę się, że gdybym dostatecznie głęboko pogrzebał, znalazłbym tu u podstaw jakieś MSWindows czy jeszcze prymitywniejsze DOS-y. Jedyne, na co zawsze można liczyć, to konsekwentna głupota maszynowej inteligencji.

(Dukaj, Perfekcyjna niedoskonałość)

Kategorie:
migawki, netologia praktyczna
Tagi:
błąd, dyskietka, Floppy Disc, Windows 7
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Dziś prawdziwych złodziei już nie ma…

27 marca 2010 | 11:52

Starzy ludzie powiadają, że kiedyś nawet zawód złodzieja miał swoje zasady: jak już się komuś ukradło portfel, to po wyczyszczeniu go z gotówki wrzucało się go do skrzynki pocztowej albo zostawiało gdzieś w widocznym miejscu.

Tych zasad trzymali się nawet złodzieje w hotelu w Charkowie - rąbnęli mi całą gotówkę, ale dokumenty i karty zostawili.

Ale w Warszawie? Dwa lata temu straciłem portfel, w którym były dwie dychy. Oczywiście nie udało się go odnaleźć - a odtwarzanie dokumentów kosztowało mnie dobre pięć stów.

Przedwczoraj jakiś złamas rąbnął mi reklamówkę z ksiażkami z Empiku. Pewnie miał nadzieję, że jest tam coś, co łatwo sprzedać. Naciął się: Ysabel Kaya w oryginale (sprowadzona na zamówienie) oraz Testowanie bezpieczeństwa aplikacji sieciowych i Inżynieria oprogramowania. Cóż - wątpię, by zachwycał się angielszczyzną Kaya, choć temat luk w aplikacjach sieciowych może mu niestety nieco poszerzyć horyzonty. Ale nie jest to nic, co dałoby się łatwo sprzedać, więc liczyłem na to, że wyrzuci gdzieś w poblizu.

Sprawdziłem z setkę koszy na śmieci, poprosiłem obsługę budynku, żeby dali znać, jeśli sprzątający coś znajdą - i nic.

Cóż, pozostaje mi tylko życzyć mu serdecznie, żeby mu flaki wygniły i dupą wyciekły.

Kategorie:
moje własne emo, w wielkim mieście
Tagi:
Arkadia, Carrefour, kradzież, Warszawa, złodziej
 
Komentarzy: 1 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Przerwa?

| 11:43

Podobnie jak na początku marca, teraz również nie udało mi się utrzymać zaplanowanego tempa. Wtedy zablokowałem się na dobre dziesięć dni w okolicy 131 kg - teraz nie mogłem zejść poniżej 128. Mam wrażenie, że to kwestia złamania własnych zasad: założyłem sobie dużo wody, owoców i małe porcje. Jednak żeby waga wyglądała ładnie rano, starałem się pić mniej wody i jeść mniej w ogóle, w tym także owoców. Efekt? Zero efektu, waga stała w miejscu.

Wczoraj i przedwczoraj postarałem się jednak wypić więcej wody (wczoraj to akurat nie musiałem się zmuszać - skutecznie pomogło pakowanie parunastu pudeł w zwiazku z przeprowadzką firmy) i dziś już 127,8. ;-)

Ale moje planowane 50 kilo to nic w porównaniu z tym: facet zrzucił 120 kilo w rok. Cóż, od wtorku zacznę biegać - i zobaczymy. ;-)

Kategorie:
moje własne emo
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

“Co u ciebie słychać?”

20 marca 2010 | 20:09

… to jedno z pytań, na które nigdy nie umiem odpowiedzieć. :-) Szczególnie jeśli zadaje je ktoś dawno niewidziany, przez telefon, na zakończenie rozmowy na zupełnie inny temat. Bo jak właściwie opowiedzieć w skrócie to wszystko, co wydarzyło się przez parę lat od naszego ostatniego spotkania? A nigdy nie byłem dobry w porządkowaniu spraw według ważności - każdy ma zresztą swoją hierarchię tejże.

No bo co: właśnie kupiłem nowe okulary; w pracy nuda, zresztą od ostatniego spotkania zdążyłem ją zmienić; czytam Black Sun Rising na przemian z biografią Kapuścińskiego; mój syn już studiuje; szukam dobrego routera do WiFi; przez półtora miesiąca schudłem już prawie piętnaście kilo; mam dwa świetne pomysły na projekty informatyczne, których wciaż nie mam czasu zacząć, oraz kilka napoczętych i z tego samego powodu porzuconych; wkrótce zacznę biegać i zastanawiam się nad pulsometrem; prawdopodobnie stałem się warszawiakiem już na dobre, ale od jakiegoś czasu myślę sobie, że może czas ruszyć gdzieś dalej?…

Po krótkim wysiłku umysłowym bąknąłem więc w słuchawkę, że nie narzekam. I chyba głupio to zabrzmiało, bo słuchawka zatroskanym głosem zapytała, czy może nie mam czasu rozmawiać? Na co jeszcze bardzoej głupio odpowiedziałem, że nie, czemu?…

A z drugiej strony, sam nigdy nie umiem pytać ludzi, co u nich słychać - i trochę zazdroszczę tym, którzy potrafią. Nie wiem czemu w młodości wbiłem sobie do głowy - a może to mnie wbito? - że takie wypytywanie to wścibstwo, że nie wypada, że jeśli ktoś chce coś o sobie powiedzieć, to sam powie… Z tego powodu nie odzywam się do wielu znajomych na GG ani nie dzwonię: po prostu, żeby się odezwać (a tym bardziej zadzwonić), muszę mieć jakiś powód, bo inaczej natychmiast dopada mnie blokada, że bez ważnego powodu nie wypada innym zawracać głowy. I nie potrafię jej przełamać: próbowałem parę lat temu rozszerzyć grono znajomych, ale jakoś wciąż wychodziło na to, że jedynie słucham, co inni mówią o sobie sami z siebie, i że nie podtrzymuję kontaktu. Owszem, jeśli słuchać wystarczająco uważnie, to ludzie bardzo chętnie mówią. Ale żeby ich dodatkowo wypytywać… Hm.

No to może czas na kolejną próbę: co u Was słychać? ;-)

Kategorie:
moje własne emo
 
Komentarzy: 4 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Trochę wygodnictwa - czyli tanie certyfikaty SSL

| 0:57

Dziś trochę reklamy. :-)

Ale najpierw - po co komu certyfikat? W zasadzie do domowego użytku jest mało przydatny, ale dla kogoś, kto udostępnia jakieś usługi internetowe znajomym (serwer poczty, Jabbera, pliki na hasło, prywatne konta WWW…) - już tak. Bo przeglądarki internetowe, programy pocztowe i komunikatory mają niemiły zwyczaj co najmniej krzyczeć głośno, jeśli ktoś chce się połączyć połączeniem szyfrowanym (SSL - w przypadku WWW to wszystkie adresy rozpoczynające się od https) z serwerem, który nie ma ważnego certyfikatu wystawionego przez odpowiednią firmę. Często się też zdarza, że właściciel serwera zapomina o przedłużeniu certyfikatu w odpowiednim momencie - a wtedy niektóre przeglądarki w ogóle nie chcą tam użytkownika wpuszczać bez podpisania cyrografu, że jest świadomy ryzyka.

No i właśnie przy konfigurowaniu różnosci na MacBooku wyszło, że strasznie dawno nie odświeżałem certyfikatu SSL dla moich serwerów. Nie licząc oczywiście faktu, że był “samopodpisany”. Postanowiłem więc rozejrzeć się, czy nie ma jakichś tanich certyfikatów dla domen internetowych, nadających się do wykorzystania na domowym serwerku bez zbędnych kosztów.

Okazuje się, że są. Certyfikat na krótko można mieć nawet za darmo - firma Gigaone pozwala przez miesiąc testować certyfikat dla domeny za zero złotych. I jeśli klient się szybko zdecyduje, może dostać nawet dwa miesiace gratis przy zakupie płatnego certyfikatu na dłuższy okres. Bardzo dużym ułatwieniem są strony zarówno pomagające w wygenerowaniu pliku CSR dołączanego do zamówienia, jak i prowadzące za rękę przez instalację otrzymanego certyfikatu na serwerach WWW i pocztowych. Certyfikat na rok kosztuje od 119 zł netto - jeśli ktoś potrzebuje faktury, to Gigaone jest dobrym wyborem.

Natomiast bez faktury (przynajmniej w naszym polskim znaczeniu) można o wiele taniej kupić certyfikat w namecheap.com - taki sam certyfikat RapidSSL kosztuje tu nawet 9,95 dolara za rok (przy opcji zakupu na 2 lub 3 lata) - za jednoroczny jest to 10,95. I z tej opcji prawdopodobnie skorzystam - faktury nie potrzebuję, a można tam płacić i kartą, i przez PayPal.

(Nie wiem, czy polecanie daje tam jakieś bonusy, ale jeśli ktoś chce skorzystać, to będzie mi miło, jeśli wpisze, że to z mojego polecenia. Ale muszę jeszcze sprawdzić, w jaki sposób to wpisać. :-D )

A czy nieco ponad 100 zł to dużo czy mało za przyjemność nieoglądania przez trzy lata ostrzeżeń o samopodpisanych certyfikatach - to już każdy sam musi zdecydować…

Kategorie:
technikalia
Tagi:
certyfikat SSL, GigaOne, https, NameCheap, RapidSSL, SSL
 
Komentarzy: 2 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Jak ja to robię?

19 marca 2010 | 0:13

Jako człowiek leniwy wolę napisac raz tutaj, niż za każdym razem wyjaśniać. ;-)

Rzecz wygląda tak: człowiek dorosły, pracujący przy biurku, powinien zjadać dziennie jakieś dwa i pół tysiąca kalorii. Zależnie od wagi i płci tabele pokazują od 2200 do 2600 kcal. W przypadku faceta prawidłowa waga to ok. 80 kg. Można założyć, że im człowiek cieższy, tym więcej energii potrzebuje na utrzymanie wagi. W moim przypadku praktyka pokazała, że trzymajac wagę, zjadałem codziennie jakieś 3500 kcal. Czyli żeby się odchudzić, muszę jeść mniej.

Z kolei gdy organizm odczuwa przez dłuższy czas ciągły głód, przechodzi w reżim oszczędnościowy. Człowiek jest ciągle zmęczony, ciągle mu zimno - ale spala mniej.

Z mojego doświadczenia wyszło, że aby tego uniknąć, nie mogę jeść zbyt mało i zbyt rzadko. W dodatku ciagłe picie coli i innych słodzonych napojów (a także podjadanie batoników) spowodowało, że rozregulowało mi się poczucie głodu. Po kilku godzinach od posiłku głód był nie do wytrzymania, a parę razy w ciagu ostatnich paru lat zdarzyło mi się w takiej sytuacji poczuć, jakbym miał zaraz zemdleć.

No i kwestia ruchu: jeżdżąc do pracy i z pracy autobusem i rzadko wychodząc z domu, po prostu od ruchu odwykłem. Gdy w zeszłym roku zacząłem chodzić piechotą do pracy (pięć kilometrów), często zdarzało mi się w połowie drogi ratować jakimś batonikiem, bo czułem się wykończony. Oczywiście cały odchudzający efekt marszu diabli brali.

No więc tym razem podszedłem do sprawy inaczej.

Po pierwsze, zero coli i słodyczy. Na szczęście mam dość silnej woli, by sobie powiedzieć “nie”. Po drugie, zamiast słodyczy i coli - owoce i woda mineralna. Lekko gazowana, bo niegazowanej nie znoszę. Jak się czułem głodny, po prostu zjadałem jabłko, mandarynkę, pomarańczę, parę winogron.

Posiłki niewielkie - śniadanie to jedna bułka albo dwie kromki chleba z wędliną, serem i pomidorem. Obiad - albo sama zupa (dwie miseczki/duży talerz), albo druge danie. Ale raczej zupa, chyba że w firmowej knajpce trafi się taka, kŧórej nie lubię. Kolacja - też zupa albo warzywa z patelni. Drugie śniadanie i podwieczorek - owoce. Po paru tygodniach w zasadzie nie czuję już potrzeby podjadać pomiędzy. W sumie wychodzi to ok. 1500-2000 kcal dziennie (zależnie czy zupa, czy drugie danie/warzywa z patelni).

I trochę ruchu - od dwóch tygodni chodzę znowu do pracy, ale ze względu na śnieg tu i ówdzie tym razem tylko część trasy (trochę ponad połowę). W miarę chudnięcia ruchu będzie więcej - zamierzam z powrotem zacząć biegać, jak zejdę poniżej 120 kilo.

Kategorie:
moje własne emo
 
Komentarzy: 4 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

Była sobie akcja…

14 marca 2010 | 20:41

Jakoś ze dwa lata temu parę osób wpadło na pomysł, by linkować na blogach wszelkie materiały źródłowe, inne głosy w dyskusji między blogerami - stąd powstała “Linkujmy! - akcja hipertekstowa”. Pod manifestem podpisało się parę setek osób, parę setek umieściło banerki akcji na swoich stronach, i co?

I nic. Właśnie przed chwilą rzuciło mi się w oczy, że domena jest na sprzedaż za 100 zł. Okazja, spieszcie się, internauci, za dwa dni aukcja się kończy! ;-P

Kategorie:
migawki, netologia praktyczna
Tagi:
akcja, blogi, Linkujmy!
 
Brak komentarzy »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

ASUS RT-G32 - szczerze odradzam

| 20:10

Szukałem wczoraj routera do Wi-Fi. Wybrałem właśnie Asusa, bo ich płyty główne znam od lat, a według opisu na opakowaniu miał duże możliwości konfiguracyjne. I mocno się naciąłem.

Po pierwsze, interfejs administracyjny udostępnia pod adresem 192.168.1.1 - i nie pozwala go zmienić, pomimo że teoretycznie jest to możliwe. Nie pozwala zmienić również portu. W efekcie dotychczasowy serwer domowy, jednocześnie spełniający funkcję routera, musiałem przenieść na inny IP - co wiązało się ze zmianami w konfiguracji Apache, jabberd, z koniecznością całkowitej zmiany wcześniejszych ustawień iptables.

Po drugie, interfejs WWW współpracuje wyłącznie z przeglądarkami Internet Explorer. Spod Firefoksa nie można nic zmienić. Bez sensu - gdybym wcześniej wiedział, wybrałbym inny model. Żeby było śmieszniej, nawet pod IE skrypty JS uruchamiają się często z błędem - i to najwyraźniej losowo generowanym, bo czasem chodzą, a czasem nie. Odświeżenie strony na ogół pomaga.

Po trzecie, praktycznie każda zmiana w konfiguracji wymaga długiego namysłu. Z tego co widzę, jest to wyłącznie javascriptowy kręciołek, pojawiający się na stała ilość sekund. De facto część zmian wymaga restartu urządzenia. Wszystko niby normalne - ale patrząc w logi, zorientowałem się, że w środku siedzi po prostu mocno okrojony Linux. I na ile znam się na administracji tym systemem, chyba żadna z tych zmian nie wymaga restartu całości, a jedynie danej usługi…

Po czwarte, z niejasnych przyczyn nie udało mi się uruchomić forwardowania portów - natomiast działa przekazywanie wszystkich połączeń do DMZ. OK, w takiej sytuacji przerzuciłem po prostu cały ruch przychodzący na dawny serwer.

Po piąte, pomimo przeniesienia obsługi połączeń z zewnatrz na oddzielną maszynę, nie da się z wewnątrz połączyć z własną domeną. Otóż router na to nie pozwala - zgłasza się dzielnie pod adresem domenowym, pomimo przeforwardowania ruchu na dawny serwer. I nie da się tego obejść, bo niby można przydzielić w konfiguracji DHCP własny adres serwera DNS, ale router radośnie to olewa i tym samym nie pozwala na DNS splitting.

W końcu zdenerwowałem się, wyłączyłem na lokalnych maszynach DHCP i wbiłem konfigurację na sztywno.

Ale routerek się nie poddaje: robi dyskotekę, zrywając połączenia co jakiś czas. Oczywiście szlag trafia wszystkie połączenia po ssh, a także komunikację międzyserwerową Jabbera.

Jeśli zamierzacie kupić to gówno, to pamiętajcie: ostrzegałem.

(27 marca: żeby nie było, że oczerniam: owszem, do zastosowań domowych, jeśli ktoś używa Windows i potrzebuje tylko i wyłącznie podzielić sieć na kilka maszyn z Windows, albo nawet nie tylko, ta maszynka jest całkiem wystarczająca - działa przyzwoicie out of the box. Ale jeśli masz potrzeby wykraczające ponad współdzielenie sieci - jakiś domowy serwer, jakieś usługi do wystawienia na zewnątrz - to radzę kupić coś solidniejszego. Ja w końcu kupiłem Linksysa WRT-G54 i od tygodnia nie mam najmniejszych problemów).

Kategorie:
technikalia
Tagi:
ASUS, DHCP, DNS, router, RT-G32, sieć domowa, Wi-Fi
 
Komentarzy: 1 »
RSS komentarzy RSS komentarzy
Trackback Trackback

« Poprzednie wpisy

Licencja Creative Commons

Wszystkie teksty i zdjęcia w tym serwisie są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Na tych samych warunkach 3.0 Polska

Kategorie

  • fantastycznie
  • migawki
  • moje własne emo
  • netologia praktyczna
  • pracowe
  • płacę - wymagam
  • rzeczy znalezione
  • technikalia
  • w wielkim mieście
  • zoon (a)politikon

Najświeższe wpisy

  • Dzień kolejny minął
  • Cholerna duperela
  • Znajomości na Facebooku
  • Linki na niedzielę
  • Но завтра новая река…
  • Drobiazgi imienno-nazewnicze - na szybko
  • Avangarda w pigułce i Paradox po godzinach
  • Silva rerum
  • Migawka spacerowa
  • Płyta D510MO a tryby graficzne Ubuntu
  • Rozwiązanie problemu z sygnaturami repozytoriów Ubuntu
  • Porządki w szablonie
  • Migawki na Picasie
  • Migawka prawicowo-alternatywna
  • Migawka upalno-ostateczna

Archiwa

  • sierpień 2010 (3)
  • lipiec 2010 (16)
  • czerwiec 2010 (3)
  • maj 2010 (1)
  • kwiecień 2010 (5)
  • marzec 2010 (12)
  • luty 2010 (1)
  • listopad 2009 (1)
  • październik 2009 (2)
  • wrzesień 2009 (3)
  • sierpień 2009 (3)
  • kwiecień 2009 (2)
  • marzec 2009 (2)
  • luty 2009 (5)
  • styczeń 2009 (3)
  • listopad 2008 (1)
  • wrzesień 2008 (1)
  • lipiec 2008 (1)
  • czerwiec 2008 (8)
  • maj 2008 (3)
  • kwiecień 2008 (9)
  • marzec 2008 (7)
  • luty 2008 (4)
rss RSS komentarzy valid xhtml 1.1 design by jide powered by Wordpress reCAPTCHA Wordpress Licencja Creative Commons get firefox