Dziupla

przytulna i ciepła
  • rss
  • Główna
  • O mnie?

Szybki włam

18 sierpnia 2009 | 19:10

Po dłuższej chwili, paru próbach i szybkim guglnięciu udało mi się ustalić, jaki jest adres strony logowania w WordPressie. :-D Od wczoraj mam urlop, więc może jeszcze coś napiszę, zanim wyjadę gdzieś dalej.

Z drugiej strony, przez dłuższy czas zastanawiałem się, czy nie rzucić tego bloga w cholerę, bo co to za interes pisać, jak nikt nie komentuje? Ale z trzeciej strony przypomniał mi się kawał o tym kompocie, co zawsze był…

Comments
6 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Dzień wybuchających liści

14 kwietnia 2009 | 6:12

… był wczoraj. Jeden jedyny dzień w roku, gdy rankiem na zaokiennych drzewach gałęzie są pokryte pąkami, a wieczorem - kilkucentymetrowymi liśćmi.

(Robiąc poranną kawę zastanawiałem się, czy to już czas na sianie nasturcji. I skojarzyłem, że przecież mogę rzucić okiem w zeszłoroczne wpisy1. Ha, wreszcie do czegoś się przyda prowadzenie bloga przez ponad rok… ;-P )

_________________________
1 Opcja dla bardzo leniwych. Pytanie, czy guglnięcie za porą siewu nasturcji nie byłoby szybsze? :-D

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Świąteczna uczta bogów na cztery ręce

12 kwietnia 2009 | 18:21

Humus - puszka cieciorki, trochę oleju sezamowego, nieco cytryny, mikser i paręnaście minut roboty. Bakłażan - dwie sztuki, pocięte w plasterki, obtoczone w oliwie z ziołami prowansalskimi i zgrilowane na ruszcie w piekarniku przez pół godziny. Pita - kupna; posmarowana resztką oliwy z ziołami i podpieczona w kilka minut do chrupkości. Czerwone wytrawne wino - hiszpańska rioja z 2006 (Marques de Grinon z Carrefoura), sądząc po cenie żaden wielki cymes, ale przypadkiem się bardzo dobre trafiło.

Praktycznie zero stania przy garach, a efekt - boski.

P.S. Oczywiście nie polecam ortodoksom przywiązanym do jaj i szynki. ;-D

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Drobiazgi

16 marca 2009 | 23:44

Po pierwsze, od jakiegoś czasu rośnie mi liczba subskrybentów, którzy jednakowoż nic nie robią. Znaczy, rejestrują się, ale nic ponadto. Patrząc na nazwy mam wrażenie, że to boty. Więc zainstalowałem Sblam! i zobaczymy, czy wyłapie jakieś spamerskie IP przy rejestracjach1). ;-)

Po drugie, obrabiam duży obrazek. Znaczy, obrazek sam w sobie to zwykłe zdjęcie, ale chcę je powiększyć. Mniej więcej trzyipółkrotnie w każdą stronę. Rzecz wymaga bardzo skomplikowanej obróbki - mały fragment, tak mniej wiecej 1/30 całości, liczył się prawie sześć godzin. Więc żeby nie zostawiać (stosunkowo głośnej) maszyny włączonej na noc, przeniosłem obliczenia na (dużo cichszy) domowy serwerek. Serwerek pracuje od wczoraj, mając do dyspozycji mniej więcej 1/10 zasobów maszyny biurkowej (no bo trochę mocy trzeba mu było zostawić na serwerowe zadania). Z tego wychodzi, że za jakieś 1800 godzin powinien się wyrobić. Dwa i pół miesiąca, znaczy2).

Po trzecie, tak jakoś przez kilka ostatnich miesięcy wyszło, że w robocie mam zapiernicz bez większych perspektyw. I zbiera mi się materiał na całkiem długą notkę o tym, w jaki sposób dobrymi chęciami można zabić skądinąd fajny projekt. Ale to już zupełnie inna historia. :-/

Po czwarte, tej wiosny przewidująco zapłaciłem za prąd wcześniej, więc kolejnej notki o wyłączaniu nie będzie3). A dziś Stoen przysłał nowe rachunki, z których wynika, że mam tylko 4 zł nadpłaty. I prognozy na mniej więcej 200 zł przez kolejne pół roku. Hm, czyżby ktoś im wreszcie napisał porządne oprogramowanie do prognozowania zużycia? Nie do wiary…

_____________________________
1) A subskrybentów, którzy się zarejestrowali i nie są spambotami, bardzo proszę o parę słów komentarza, bo za jakiś czas - dwa tygodnie? - zamierzam dla bezpieczeństwa zaorać w ogóle stronę rejestracji i usunąć konta. Taki lajf, niestety.
2) Zastanawiam się właśnie, czy nie spróbować jednak najpierw obniżyć parametrów. Bo nie jestem przekonany, czy zwykły Celeron 1700 wytrzyma dwa i pół miesiąca pracy z obciążeniem na poziomie 60-99%…
3) A przynajmniej mam taką nadzieję. Inna sprawa, że cholera wie, jak szybko tam księgują przelewy…

Comments
4 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Stulecie detektywów

01 marca 2009 | 23:31

Dorwaliśmy w piątek w Empiku “Stulecie detektywów” Juergena Thorwalda. Zaczytywałem się wcześniej “Stuleciem chirurgów”1) i “Triumfem chirurgów”, więc nawet niespecjalnie zwracałem uwagę na cenę (ponad pięć dych za cegłę w twardej oprawie). I generalnie nie zawiodłem się - choć tytuł okazał się mylący, podobnie jak cytat z Szymborskiej w charakterze blurba.

Cytat zawierał zachwyty nad Sherlockiem Holmesem, jako mistrzem metody naukowej w śledztwie. I wraz z tytułem sugerował, że książka dotyczy początków kryminologii (co jest prawdą) i że opisuje pracę dziewiętnasto- i dwudziestowiecznych detektywów (co prawdą nie jest). Książka mówi przede wszystkim o prekursorach medycyny sądowej (głównie o lekarzach, trochę o chemikach), o początkach współczesnej metody naukowej w zakresie badania zwłok i toksykologii, trochę o daktyloskopii. Ostatni rozdział to historia balistyki (pod którą to nazwą autor/tłumacz rozumie głównie badania w rodzaju mikroskopii porównawczej).

Jak to zwykle u Thorwalda, nie mogłem się od książki oderwać. Przeczytałem w weekend, zaglądając co chwila do Wikipedii i Google’a: pasjonujące jest porównanie historii medycyny sądowej i kryminalistyki z rozwojem powieści detektywistycznej. Wreszcie zrozumiałem, jak bardzo różny od zwykłego ówczesnego detektywa był Sherlock Holmes, czemu Philip Marlowe miał taki zgryźliwy charakter i dlaczego Perry Mason tak łatwo robił w konia Hamiltona Burgera. ;-)

BTW, autor w posłowiu radzi, żeby zacząć czytać od środka. Faktycznie, historia daktyloskopii czy badań anatomicznych przedstawiona na początku jest mało wciągająca. Wystarczy jednak dojść do krajania trupów…

Uwaga tylko na tłumaczenie i redakcję. Tłumaczył (podobnie jak “Stulecie chirurgów”) Karol Bunsch (ten od powieści o piastowskiej Polsce). I mam wrażenie, sądząc po disklajmerze wydawcy (”Znak” - że dołożyli wszystkich starań, by się skontaktować ze spadkobiercami), że to było niedokończone tłumaczenie.

W książce nie widać wzmianki o korekcie czy redakcji. Pewnie dlatego pod koniec części o toksykologii na paru stronach straszą niedokończone myśli i urywki zdań. I pewnie dlatego książka jest tłumaczona na krakowski, nie polski - są tam choćby flizy i zakładanie podłóg. Ponadto mam wrażenie, że niektóre nazwy chemiczne są przestarzałe…

Ale jak na wydawnictwo bez specjalizacji naukowej to i tak jest nieźle. Bardzo polecam. Szczególnie jeśli ktoś lubi Holmesa, Poirota czy Masona. Albo historię medycyny. :-)

_______________________________
1) Też przy okazji kupiliśmy, bo poprzedni egzemplarz od czytania rozsypuje się na pojedyncze karki. Szkoda, że “Triumfu” nie było…

Comments
3 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Spieszmy się czytać blogi0), czyli o prywatności w sieci

25 lutego 2009 | 22:04

To taka refleksja po nieudanej wizycie na blogu znajomej, którą generalnie lubię, a która zahasłowała bloga już bardzo dawno temu.

Sieć daje poczucie anonimowości. Więc niektórzy próbują pisać bloga (właśnie jako internetowy dziennik). Bo modne. Bo lubią. Bo chcą się wyżalić. Bo mają ochotę opisać coś w jednym miejscu, zamiast dzielić się tym z parunastoma (albo i parudziesięcioma) osobami, powtarzając wszystkim po kolei tę samą śmieszną czy wkurzającą historię, która przydarzyła im się w pracy, na uczelni, po drodze do domu. Bo wszystko po trochu.

W pewnej chwili z zaskoczeniem spostrzegają, że bloga czytają również ci, którzy są w nim opisywani. Czasem ktoś zrobi awanturę, że “sobie nie życzy”. Czasem zaczynają się szepty za plecami. Czasem pokazywanie palcami. A czasem zaczynają się pojawiać natarczywe, chamskie czy po prostu głupie komentarze1). I wówczas blog się zamyka - w obu możliwych znaczeniach: albo autor rezygnuje zupełnie, albo ogranicza dostęp2).

Ograniczanie dostępu rodzi podział na tych, którzy mogą czytać i tych, którzy nie mogą. Ci, którzy nie mogą, czują się odrzuceni, mniej ważni. Owszem, niektórzy mają śmiałość poprosić o dostęp3). Niektórzy wolą się męczyć i udawać, że nic się nie stało, że wcale nie czytali, że nie chcą - bo jeśli autor odmówi, to dopiero zaboli! Z podobnej przyczyny głupio prosić o dostęp do bloga kogoś nowo poznanego, czy znanego z jakiegoś konkretnego środowiska (praca, hobby, inny zakatek Internetu).

Ale przede wszystkim ograniczanie dostępu jest koszmarnie niewygodne dla użytkowników. Prawie zawsze wymaga rejestracji, w tym podania hasła. I tu duży problem: podać normalne hasło to ryzyko, że ktoś się włamie i z niego skorzysta. Podać nietypowe hasło, to męczarnia z przypominaniem go sobie za każdym razem4).

Zresztą hasło to nie wszystko. Problemem jest często wybór loginu (bo w dużych systemach blogowych nasz własny jest juz zajęty - i co wtedy? Jakiś przypadkowy, tymczasowy login?) czy przypomnienie sobie, który adres podaliśmy przy rejestracji, gdy trzeba skorzystać z przypominajki.

Poza tym często jest tak, że do zahasłowanego bloga nie mogą się dostać czytniki czy agregatory. Sam korzystam z takiego: na strony tych nielicznych zahasłowanych znajomych, do których jednak chcę zaglądać, zaglądam w efekcie raz na kilka tygodni…

A czasami trafiają się jeszcze ciekawsze kwiatki. Głupota programistów bywa porażająca: na Bloksie trzeba wpisać hasło, żeby przeczytać, ponownie wpisać, żeby skomentować. I nie wolno pisać za szybko ani przeklejać przygotowanej na boku zawartości, bo człowiekowi naubliżają od botów…

I co? Od bloga znajomej odbiłem się po raz któryś z kolei - i w tym momencie dopiero przypomniałem sobie, że tak dawno nie zaglądałem, że już zapomniałem, że jest zahasłowany. Co więcej, uświadomiłem sobie, że do kolejnej osoby nie mam o czym zagadać. Wspólnych znajomych właściwie nie mamy, żyjemy w różnych środowiskach, w różnych miastach; na bloga nie mam wstępu - więc właściwie o czym rozmawiać? “Cześć, fajny film wczoraj widziałem” to zupełnie nie w moim stylu.

Zresztą… w ogóle głupio zacząć rozmowę, bo na GG też jej nie widać.

___________________
0)… bo przestają być publicznie dostępne? ;-)
1) Z podobnych powodów ludzie znikają z GG, przestawiając status na “niewidoczny” - a potem człowiek ze zdziwieniem sobie uświadamia, że od pół roku z kimś nie rozmawiał. Względnie rzeczony “ktoś” się dziwi, że nikt znajomy do niego nie zagaduje :-P
2) Albo zaczyna pisać tak, by nikt z opisywanych nie mógł rozpoznać, że to o niego chodzi. Czytam regularnie parę blogów pisanych w taki sposób - ale tylko kilka. Trzy? Cztery?
3) Tragedia zaczyna się wtedy, gdy autor nie ma śmiałości odmówić, mimo że to właśnie tego gościa chciał się z bloga pozbyć. :->
4) Świetny wpis na temat niechęci do rejestracji: The $300 Million Button - chodzi wprawdzie o sklep internetowy, ale przeżycia i doświadczenia z formularzami logowania na prywatnych stronach są bardzo podobne.

Comments
16 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Był sobie kod, czyli WYSIWTF

19 lutego 2009 | 23:27

Wyjaśnienie dla niezorientowanych: tytułowy skrót to twórcza parafraza skrótowca WYSIWYG, reklamującego pierwsze bardziej wypasione edytory tekstu (obsługujące drukarki laserowe czy atramentowe): “What You See (na ekranie) Is What You Get (w druku)”. Natomiast parafraza to oczywiście “What You See Is… What The Fuck?!” i służy m.in. jako nazwa serwisu opisującego dokonania programistów, jakby to ująć… “programujących inaczej”?

Ale do rzeczy.

Zawodowo zajmuję się utrzymywaniem i rozwijaniem kodu rozmaitych biznesowych aplikacji webowych. Jedna z nich umożliwia pewnej firmie (nomina sunt - jak wiadomo - odiosa, zresztą to bez znaczenia dla opowieści) obsługę klientów wysyłajacych SMS-y. Po otrzymaniu SMS-a przedstawiciel firmy oddzwania i ustala z klientem sprzedaż towarów czy usług. Albo i nie. No i właśnie do monitorowania kontaktów i ewentualnych transakcji służy wspomniana aplikacja.

W zasadzie jest to całkiem nieskomplikowany kawałek kodu, przygotowany i podłączony na szybko jako część większej całości. Był on pisany rok temu pod potrzeby tego konkretnego klienta, nie wymagał przez ten czas żadnych modyfikacji, a ponieważ się sprawdził, to powoli przymierzamy się do zastąpienia go rozwiązaniem bardziej uniwersalnym. Klient testuje już nową wersję, ale na co dzień korzysta z tej starszej.

No i kilka dni temu otrzymałem informację, że w rzeczonym kawałku kodu tajemniczo zaginął przycisk umożliwiający eksport danych do Excela. Nieco się zdziwiłem, bo ostatnia zmiana w tym akurat miejscu nastąpiła prawie półtora miesiąca temu - czyżby nikt przez półtora miesiąca nie zauważył? Ale w sumie co mnie to obchodzi - nasz klient, nasz per pan. Zgłoszenie przyjęte. Poprawka sprowadziła się do zmiany kilkunastu wierszy kodu. W ramach testów parę razy kliknąłem - raport się generował. Podejrzałem zawartość - na oko wszystko OK. Odfajkowane, zaraportowane, klient poinformowany.

Dziś kolejny sygnał od klienta: od wczoraj (czyli od wdrożenia poprawki na serwerze) zamiast wpisywanych od roku notek, informujących o efekcie rozmowy z klientem, pojawiają się dziwne cyferki. Hm. Czyżbym o czymś zapomniał? Sprawdzam. Wygląda na to, że zamiast treści notki pojawia się jej identyfikator z bazy. No, to by się mogło zdarzyć przez przeoczenie, ale nie robiłem niczego, co miałoby jakikolwiek związek z wyświetlaniem samej notki - jedynie poprawki w menu.

Więc może kwestia modyfikacji w bazie danych - a raczej w jej konfiguracji - wprowadzanej równocześnie przez kogoś innego? Ale przez kogo? Rzut oka do systemu kontroli wersji kodu - przez ostatnie dwa tygodnie nie było żadnej takiej zmiany. Ba, nie było w tym obszarze żadnej zmiany nawet i przez ostatnie dwa miesiące… No to może baza? Zaglądam do bazy - i robi się niefajnie. To nie kwestia pomyłkowo wyświetlanego identyfikatora! Rzeczywiście notki zamieniły się w ID rekordów!

No dobrze. Ktoś nabałaganił. Kto? Data wskazuje na wczoraj, około czternastej. Czyli ja, podczas testów. Bardzo niefajnie. No to oceniamy rozmiar szkód. Cofam się w historii notek. Miesiąc, drugi miesiąc - w zasadzie wszystkie, poza jakimiś bardzo starymi testami, nie przypisanymi nawet do żadnego konkretnego klienta. Sytuacja robi się poważna. Wszystkie notki poszły sobie na spacer…

Sprawa jest jasna: czas na dupochron. Trzeba znaleźć winnego. No bo przecież nie może być, że ja. Za dobrze mi się tu pracuje. :-P

A więc ponownie zagłębiam się w kod. Pytanie podstawowe: co się dzieje? Po krótkiej analizie mam winowajcę: kod, który miał do notki dodawać informację o eksporcie i zapisywać ją ponownie, przez prostą literówkę zapisuje ID notki, zamiast treści. Naprawienie to usunięcie dwóch znaków - ale kto to zrobił i kiedy? Odkąd sięgam pamięcią, nie było potrzeby zmiany czegokolwiek w tej usłudze. Ba, nawet służyła jako przykład kodu napisanego tak efektywnie, że nie wymagającego zmian! :-)

System kontroli wersji potwierdza moje przypuszczenia. Ostatnie dwa miesiące (czyli odkąd powiększyliśmy zespół do czterech osób) - żadnych zmian. Sześć miesięcy, czyli ostatnia wersja, przy której pracowałem sam - dalej ani śladu. Dziesięć miesięcy, czyli pierwsze moje poprawki - też niezmiennie ten sam błąd. Czyli ta linijka kodu jest starsza, niż moja kariera w firmie. Ufff!!! No więc kto? Zajrzałem na sam początek, do kodu sprzed roku - i okazało się, że błąd powstał w pierwszej wersji kodu.

No dobrze. Czyli wiadomo kto, wiadomo kiedy, mogę jeszcze nie aktualizować cefałki. :-D

Ale co z danymi? Ostatnia kopia bazy, jaką mam (do testów), pochodzi z połowy października. Trochę stara. Dzwonię do administratora, przedstawiam sprawę. Proste pytanie: kiedy był ostatnio robiony backup bazy? Ma odpowiedziec za piętnaście minut. OK. Po piętnastu minutach odpowiedź: nie mamy backupów. Były sprzed dwóch tygodni, bo mieliśmy przenieść tę bazę na wydajniejszy serwer, ale nic z tego nie wyszło, więc skasowali i postawili w tym miejscu inny system…

Pięknie, kurwa, pięknie. Jedyna kopia danych poszła sobie na spacer w chwili, gdy je wyeksportowałem - a raczej wyeksplodowałem - z serwera. Ale… zaraz! Historia pobierania plików… Jest! Otwieram - cyferki. Bu. A miało być tak pięknie!… Chyba że… szukam dalej… są jeszcze dwie kopie. Druga - też cyferki, ale od lutego. Trzecia - na początku też cyferki, potem jakieś dane. Patrzę na daty - niestety, też z lutego.

Patrzę na daty jeszcze raz. Z lutego - ale zeszłego roku! I potem normalne wpisy. Alleluja. Czyli mam wszystkie dane… backup całej tabeli… w Excelu!… Z wyjątkiem pierwszych czterech wierszy, które ktoś nadpisał cyferkami - w lutym zeszłego roku właśnie. :-D

I to by było na tyle. Zapisałem sobie ten plik w dwóch kopiach (cud, że nie czyściłem ostatnio historii pobierania - nie lubię, jak mi takie śmieci z testów na dysku zalegają, a tu proszę, proszę, wcale nie taki śmieć…)

Problem rozwiązany - jutro rano dane powędrują z powrotem na swoje miejsce. Tylko zastanawia mnie, jak to jest, że klient ma funkcję, na której wbudowanie bardzo nalega (przy nowszej wersji eksporty do Excela też były jednym z głównych wymagań), ale z której wcale nie korzysta? (bo ostatnią osobą, która wyeksplodowała dane, był najwyraźniej poprzedni tester - rok temu!)… No i jakim cudem ten kawałek kodu przeszedł testy, skoro wywalił dane w kosmos? Nikt nie zauważył?… Hm. Trzeba się będzie temu przyjrzeć. Ale pomyślę o tym jutro…

Comments
1 komentarz »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Kto podkrada cukier?

16 lutego 2009 | 23:33

Zajrzałem sobie w statystyki, a tam…
http://katolicki.net/forum/viewtopic.php?t=1139&postdays=0&postorder=asc&start=25

… i to w kilku różnych linkach, wszystkie do tego samego tematu. Nie powiem, zdziwiłem się niewąsko, bo jestem agnostykiem od urodzenia (no dobrze, ściślej mówiąc - od chrztu, ale to nie brzmi tak wyraziście), a wśród moich bliższych znajomych można by chyba na palcach zliczyć praktykujących wyznawców jakiejkolwiek religii. Więc kto? I co? Cytują mnie???…

Zajrzałem - i okazało się, że nic z tych rzeczy. Komuś z tamtejszych forumowiczów spodobało się zdjęcie wielkich kryształów cukru, wrzucone w zeszłym roku, i przekleił je do ichniego knajpowo-powitalnego tematu. No cóż - jako współmoderator pewnego knajpianego forum widzę codziennie takie same zachowania w wykonaniu naszych knajpowiczów, więc pozostaje mi tylko życzyć smacznego tamtym… ;-)

(Inna sprawa, że zdjęcie jest żenująco kiepskie - ale czego wymagać od aparatu w komórce…)

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Walę tynki

14 lutego 2009 | 23:47

Tym razem waliłem w te tynki dosłownie. A nawet udarowo. Bo postanowiłem zamontować w łazience podwieszaną suszarkę. :-)

Choć gdybym wcześniej wiedział, ile z tym będzie roboty… W teorii wyglądało to prosto: wstawić do wanny dwa drewniane stołki, stanąć na nich i wiercić. Pół godzinki i gotowe.

W praktyce okazało się, że stołki ślizgają się po dnie wanny, wiertło ślizga się w zamocowaniu i w rezultacie sama jazda figurowa na stołkach zajęła prawie godzinę (z czego z piętnaście minut wiercenia, a reszta to wchodzenie na drabinkę, schodzenie z drabinki, przestawianie drabinki i dokręcanie wiertła).

Potem przewlekanie sznurka przez bloczki - sposób pokazany w instrukcji obsługi nie sprawdza się, gdy trzeba dodatkowo przerzucić sznurek przez rurę do gazu, więc na rozwiązanie łamigłówki na sznurek, rurę i dwa niesymetryczne bloczki poszło kolejne pół godziny.

I na koniec wiercenie dziur w ścianie pod knagę na sznurek - też pół godziny. Podczas której okazało się, że w cegłę trafia się trzy razy na pięć, a wiertłem do metalu nie da się zastąpić widiowego, choćby człowiek nawet bardzo mocno napierał…

W efekcie łazienka zyskała siedem nowych dziurek zamiast planowanych czterech… A ja zaliczyłem ponad dwie godziny gimnastyki na drabince (doliczając wymianę żarówek na świetlówki w kuchni i papierowego abażuru na większy w pokoju).

Cóż, przynajmniej będzie mi się dobrze spało. ;-)

Comments
3 komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

Migawka patriotyczna

06 lutego 2009 | 23:56

Przejście podziemne. Siedzący na stołeczku pod ścianą chłopak z akordeonem śpiewa mocnym głosem: “rozkwitają pęki białych róż, wróć, Jasieńku, z tej wojenki już…” Starszy, siwy mężczyzna podbiega truchcikiem, po drodze wygarniając drżącymi dłońmi wszystkie drobne z portfela.

Comments
Bez komentarzy »
Kategorie
--bez kategorii--
Komentarze rss Komentarze rss
Trackback Trackback

« Previous Entries Next Entries »

Najświeższe wpisy

  • Powrót z gwiazd
  • Zza ekranu
  • W co się bawić?
  • AI
  • Migawka tramwajowa
  • Śmierć w Internecie
  • Migawki z wczorajszego słonecznego popołudnia
  • “Ludzki obyczaj ciekawy jest nadzwyczaj”
  • Życie poza korpo - czy istnieje? (uwaga, tldr!)
  • Życie w korpo
  • Szybki włam
  • Dzień wybuchających liści
  • Świąteczna uczta bogów na cztery ręce
  • Drobiazgi
  • Stulecie detektywów

Archiwa

  • marzec 2010 (1)
  • luty 2010 (1)
  • listopad 2009 (1)
  • październik 2009 (2)
  • wrzesień 2009 (3)
  • sierpień 2009 (3)
  • kwiecień 2009 (2)
  • marzec 2009 (2)
  • luty 2009 (5)
  • styczeń 2009 (3)
  • listopad 2008 (1)
  • wrzesień 2008 (1)
  • lipiec 2008 (1)
  • czerwiec 2008 (8)
  • maj 2008 (3)
  • kwiecień 2008 (9)
  • marzec 2008 (7)
  • luty 2008 (4)

Zajrzeli na chwilę

kasiak74

rss Komentarze rss valid xhtml 1.1 design by jide powered by Wordpress reCAPTCHA Wordpress linkujmy! Wordpress get firefox